InfinituS
(1979 — 19.12.1999)

 

1999

Lipiec
01. Exam 13.00 hista
14.10 początek, 17.10 koniec. Cóż więcej… Może to, że poszło mi wspaniale…

byłem u Ciebie…
3 teatry - pierwszy australijski… Co najmniej świetny… drugi jakaś bałkańska szkoła… Czy jakoś tak… Nawywijali… trzeci - coś na kształt (Przy)Parafialnej Szkółki Teatru - metalowe misterium o średniowiecznym wydźwięku i morale… Ciemnogród… Szkoda słów…
02. Zdałem exam z wtorku…
Co mi pozostało? Wracam… Nie jest to powrót w aureoli chwały… Nikt nie rozgłosi go jako tryumfu… Na szczęście nikt go nie rozgłosi…
Dlaczego targa mną tęsknota, czyli żal… To jest egzystencjalizm…
Minęło pół roku… Ta pierwsza połówka była przeterminowana i zbyt gorzka… Więcej porażek i upadków niż wzlotów… Może ta druga będzie lepsza… Oby…
03. widziałem Cię… rozmawiałem… Cieszyłaś się… ja też… Jutro Cię usłyszę…
04. Mimo obietnicy zapomniałaś… Może nie chciałaś pamiętać… Bo tak łatwiej… Może miałaś coś ważnego, przykładowo: imprezę u niego… Może… Może… To pomyłka… Może… Może… To ja miałem… Nie… Chyba… Na pewno… Nie… Może…
05. To jutro…
Idę tam, skupiony pozorem, bez wiary w zwycięstwo, bo jestem sam - pewna porażka…
Sen, a raczej koszmar…
Jadę samochodem, jadę jako pasażer… Zakręt w lewo, zjazd z górki, ponowny zakręt w lewo… Wzrokiem natrafiam na stolik, mózg rejestruje sygnały… Jakiś facet, student jeszcze, okulary, koszula w kratę… Widziałem go kiedyś w budzie, starszy ode mnie, nigdy nie wiedziałem, jak się nazywa… Teraz już wiem… to jest on, o którym słyszałem… od Ciebie i innych - przez rozmowę, plotki i opinie z trzeciej ręki… Mój malutki móżdżek zarejestrował także obecność pewnej kobiety, studentki, najinteligentniejszej istoty, jaką kiedykolwiek miałem szczęście lub nieszczęście spotkać i w dodatku poznać, i jeszcze jednostronnym obdarzyć platonem… Ty… Siedziałaś obok niego przy tym stoliku… uśmiechnięci, wpółobjęci… Nie zauważyłaś mnie… Chciałem umrzeć, szukałem wyjścia, jak szczur w klatce… Wyjścia nie było, w każdym razie sensownego… Dobrze, że chociaż Ty byłaś szczęśliwa…
Obudziłem się totalnie mokry… To był jeden z najgorszych snów w moim życiu… Ich działania objęły już także podświadomość… Mają mnie… Vae misero mihi! Quanta de spe decidi!
06. 18.00 exam ustny - hista na ius
Totalna błazenada… Dziekan z uśmieszkiem "co mi zrobisz?" i wzrokiem "masz przesrane", Smolmarek… Szkoda słów… Któż by uwierzył, że dostałem najgorszy (każdy, kto usłyszał te pytania, podnosił wzrok w górę, głośno wdychał powietrze lub mówił "o, kurwa" itp.) zestaw… Któż by uwierzył, że oni mieli na mnie zajawę… Któż dał by wiarę, że zdobyłem 77 punktów w teście, a 0 w ustnym… Wszyscy wyśmieją, ot, dobra zabawa… Roztrwoniłem swoją chwałę - ja - beścior zeszłego roku, topiarz dawnych dni… Ja, który zdałem w zeszłym roku na 2 prawa i historię… Ja - jeden z lepszych oblałem pierwszy exam z histy w życiu… Straciłem w swoich oczach resztę wypaczonego szacunku… Cóż, trzeba żyć… Właśnie, dlaczego? Nie chcę… Nic tutaj się nie udaje mi… Jestem zwykłym nikim… To tylko moja wina… Trzeba cierpieć! Wstyd muß sein! I łzy też! Vae misero mihi! Vae victis! Vulnerant omnes, ultima necat! To boli!
Ty też będziesz się śmiać (chyba), nie powiem Ci o moich przypuszczeniach… Powiem tylko: Nie zdałem! Żegnaj! Nie jestem warty rozmowy z Tobą! Znajomości też! Ani przyjaźni! Niczego nie jestem wart! Nie zasługuję na śmierć!
Nas nauczono, trzeba cierpieć…
07. Pejzaż za oknem atakuje horyzont… Zrezygnowanie, teraz tylko powrót… Wstydliwy, cichy odwrót… Jak co dnia… Może usłyszę Twój głos… Jeśli nie zapomnisz (może tak byłoby lepiej)…
Moja antropofobia pogłębia się…
Pamiętałaś i zadzwoniłaś, zmartwienie słuchawką oddychało… Czuję się podle - zwątpiłem w godzinie próby… Przepraszam… Wybacz…
08. Jutro najprawdopodobniej ostatni exam w tym roku…
09. 9.00 exam ustny - hista
Z pisemnego bdb… A z tego? Chyba dobrze…

Piłem grzańca… Dość dobry…
10. Pierwszy prawdziwy dzień wakacji… Ogoliłem łeb na łyso… I tak pusty… Piłem wybornego, chłodzonego grzańca… Super…
Myślę, łapię się każdej myśli, by nie myśleć o sensie i celu… O jedynej przyczynie życia tutaj - o Tobie… Jesteś teraz w Skoju, a gniję z tęsknoty tutaj…
11. Jestem tylko swoim cieniem… może przeznaczeniem…
Dlaczego tu nie ma radości? Szczęścia? Miłości? Jutra? Tu tylko to co zwykle…
12. Ile długich godzin trawimy na czekanie… Zabójcze czekanie topione w śmiechu godzin złych… Złych godzin nadziei i jej braku… Trwogi, by nie być samotnym, by nie być opuszczonym przez wszystkich… Awangardą cichy śmiech pogardy… Ariergardą głośny rechot okrutnej prawdy…
Nie zadzwoniłaś… Kolejny raz zapomniałaś… Bo o czym pamiętać miałaś? Nie warto zaprzątać Twojej pamięci jakimś śmieciem!
13. Wrocław, surfowanie po necie…
Nie zadzwoniłaś kolejny dzień…
Zżera mnie wprost tęsknota…
Moja głowa płacze… Zewsząd płyną żółte łzy… Dziwne uczucie czuć, jak wypływa z porów - tak jakby płynęła spomiędzy skóry… Żółte, obrzydliwe, płynące poprzez garść odrostów, zastygające na włosach, czole w strupy (żółte i wyzwalające odruchy wymiotne) łzy - ropa…
14. Powiatowa Przychodnia Lekarska… Czy jakoś tak… Czyli InfinituS u lekarza I kontaktu (kontraktu) - rodzinnego (każdy w rodzinie ma innego) i dermatologa… Photodermathosis (czy jakoś tak) - zmiany skórne i ropienie owłosionej powierzchni głowy, być może coś z oponami mózgowymi, oparzenia II stopnia… Lekarz nie ukrywa mojego trudnego położenia… To jest nieuleczalne, to można tylko zaleczyć, można z tym żyć, ale po wakacjach - zakaz przebywania na słońcu (nie tylko opalanie), zakaz kąpieli (basen, jezioro, morze itd.), zakaz spożywania ostrych przypraw (tragiczne), picia alkoholu (a zwłaszcza browca) itd.…
15. Pamiętałaś o tej marności - mnie - pariasie na wpół wpitym w aureolę kurzu otaczającą Twoje stopy… Zadzwoniłaś - powiedziałem tyle, ile musiałem, żeby Cię nie martwić - i tak to nie poskutkowało - ból emanował słuchawką…
16. Zatracam się w szarej codzienności… Wypalam na poszukiwaniu dawno wygasłego, doskonałego - kiedyś ogrzewającego każdy świt, opromieniającego każdą chwilę - blasku…
Jesteś tak niedaleko - kilka domów, tak daleko, ciągle dalej, jak pływające wyspy, znoszone prądem z kursu, zdryfowane, zagubione, otoczone przez wrogów, osaczone przez wiatr, wiecznie oddalane…
17. widziałem Cię… Byłaś z przyjaciółkami… Spieszyłaś się… Rzuciłaś mi od niechcenia: cześć…
18. Dzwoniłem do Ciebie… Spieszyłaś się…
Jutro:
- wyniki examu
- Wrocek, Arka
- Ty zadzwonisz do mnie
- dzień nr 200 w tym roku
19. Spełniły się tylko dwie rzeczy: 200 dzień i Wrocek (bez Arki)…
Nie zadzwoniłaś… Twoja obojętność boli… Potrafisz ranić tak głęboko… Duszę się - serce zwalnia przyśpiesz, nie mam sił poruszać przeponą i płucami… Właściwie to marzę o śmierci, chcę umrzeć - powiecie: debil, nieudacznik, gruby, parszywy, obleśny typ, ot, takie zwykłe gówno…
Marzyłem, łudziłem się, że zawsze będę miał w Tobie przyjaciela… A Ty oddalasz się z wdziękiem, gdy tylko słyszysz o problemach… Kiedyś było inaczej - Ty martwiłaś się, chciałaś pomóc we wszystkim…
20. Jestem skazany…
Przede mną nie ma nadziei…
Za mną też…
Próbowałem… Tyle lat próbowałem… Zaskarbić sobie Twoją miłość… Przyjaźń… Pamięć…
Ta męczarnia jest ponad moje siły… Kiedyś bolało tylko wnętrze… Teraz serce kłuje, boli jakby miało pęknąć, płuca zaciskają się, nie mogę zmusić się do oddechu, w bólu oddycham… Codziennie gorzej… Większe cierpienie, maksymalizacja bólu…
Wyrok śmierci
Śmierci, która nie chce przyjść
Śmierci, której nie potrafię znaleźć
Idę powoli, zbyt wolno
Brak sił
Tam wyrok
Nie dla mnie
ja tylko tu
Ty tylko tam
Dlaczego?
21. Wołanie z dna rozpaczy…
Już nic nie warto…
Tyle lat błagałem o jeden uśmiech, jedno słowo, jeden gest, i jedno spojrzenie
Wszystko we mnie gnije maxem upodlenia
Jak świnia ryjem w błoto u Twoich stóp
Przywykłem do wiader pomyj wylewanych co dzień na łeb - na mój biedny świński ryj
Szukałem, lecz nigdzie nie było tego… Oni próbowali mi wmówić, że istnieję… Szukałem, dociekałem, zgłębiałem…
I nic…
Może źle szukałem, nie obejrzałem, nie zbadałem wszystkiego…
Nie, to nie tak… A może…
Nie…
Wszystko zaczęło się kilka lat temu… Pięć? Dziesięć? Może więcej?
Poznałem Cię… Nie olśniłaś mnie… To pojawiało się stopniowo… Moje urodziny dwa lata temu… Pamiętam jak dziś… To co wtedy poczułem… Wyobrażałem sobie, że kocham Cię tak, że mocniej to już niemożliwość… Naiwny… Odrzuciłaś, później też (po co wspominam)… Łzy, ból i bezsenność… Z każdym dniem to pogłębiało się… Niedawno to była tylko obsesja… Teraz to mnie przerosło, stając się moim życiem, zastępując je… Nienawidzę go… Ty też już nie chcesz mnie znać… Nie chcesz pamiętać… Wszystko, co starałem się osiągnąć, czyniłem z Tobą na oczach… Niestety cele były zbyt odległe, zbyt wysoko… Ty zabiłaś moje ja…
22. Zdołowany kwilę cichutko na dnie…
Zimne, mokre dno nie pozwala oderwać myśli od codzienności…
Ból paraliżuje…
Dołująca cenestezja powoli, mechanicznie zabija…
Ile jeszcze czekania?
23. Jestem na I r. histy na UAM-ie, czyli zdałem exam i zostałem przyjęty…
Targ, lekarz…
Dzwoniłem do Ciebie… Twój smutny głos… Jutro masz pogrzeb w rodzinie… Wczuwam się w Twój ból…
Skojo prawie na 100%
24. Nieudany wyjazd… Ostrów, Kalisz…
Moja słabość… Mialgia powoli wytraca moją świadomość…
25. Imieniny InfinituSa…
26. Wrocek, net (bez Arki)…
27. Szarość dnia, bladość nocy…
28. Poznań, podanko o DS.…
List, czyli ktoś o mnie pamięta… Szkoda, że to nie Ty… Ciekawe o czym myślisz teraz…
29. Krew, pot i łzy…
Robolę… Czuję, jak robią się mi pęcherze… Trochę piecze… Najbardziej ten na wewnętrznej kciuka… Właśnie pękł… Płyn oblewa rękę… Pękają kolejne… Na kciuku masakra… Zaczyna lecieć krew… Krwawi mi ręka… Lewa… Obie… Pot płynie z czoła jak szalony… Jak w saunie… Zalewa oczy… Piecze… Nic nie widzę… Ocieram ręką… Pali… Jeszcze tyle przede mną… Kolejne pęcherze… Żegnaj gitaro… Żeby tylko ręce cierpiały, to żaden ból… Powoli oczy wilgotnieją, nie chcesz mnie znać… Samotna kropla mknie w dół, masz mnie dosyć… Kolejne pędzą wzdłuż nosa, może zapomniałaś o mnie… Potok wybucha, bo tak łatwiej żyć… Ostry szloch, tak Cię kocham, nie mogę bez Ciebie istnieć… Pęka kolejny pęcherz, kolejna plama krwi zakwitła… Oczy pieką…
30. Wrocek, Arka dalej martwa…
31. Vae misero mihi! Quanta de spe decidi!
Żegnaj! Skoro nie chcesz mnie znać… Być może byłem jedną z nielicznych osób, które życzyły Ci dobrze…
Bo byłaś dumna… Chyba za bardzo, gardziłaś nawet, a może tylko mną… Zaufałem tylko Tobie, wierzyłem tylko Tobie… Niestety nie mogę umrzeć… Bo wszystko przez moją wyobraźnię: bo wyobrażałem sobie, że to nie ważne, że nie jestem z Twoich sfer, ale jestem tylko małym gównem… bo majaczyłem, że możesz mnie kochać, bo - najbardziej poroniony pomysł z moich parszywych myśli - myślałem, że mogę dać szczęście… Tu coś się wypaliło… może przepaliło mnie… umarłem dla świata, nie mam celu… bo tyle błagałem nieruchomymi wargami, tyle wzdychałem, cierpiałem, płakałem w mojej samotni… Ona tak daleko…
Żegnaj! Nie będę się narzucał, choć z serca krew płynie strumieniami… Bo dla mnie jedynym szczęściem rozmowa z Tobą… Dlaczego się nie zabiłem tego pierdolonego 17 II? Miałem powód, miałem motywację, dlaczego ich usłuchałem, mea culpa… tak często szafuję tym pytaniem… Nie mogę znaleźć odpowiedzi… Bo jej nie ma, tzn. jest, ale znasz ją tylko Ty… Ty, którą uważałem za jedyną osobę godną zaufania… Wiedziałaś prawie wszystko, inni nie posiadali nawet 10% tej wiedzy… Sądziłem, że znajdę w Tobie przyjaciela, którego nigdy nie miałem… Bo zawsze byłem sam… Bo zawsze naiwny, zdradzony, dzisiaj też… Tak długo oszukiwałem się… Mieli rację ci, którzy twierdzili nie wierz nigdy kobiecie… Bo byłaś w moich oczach ideałem… Ci, którzy później mnie zdradzili (jak każdy) kiedyś próbowali mi udowodnić, że nie jesteś taka jaką sobie wyobrażałem… Nie wierzyłem im… Może dlatego odeszli… Byłem gotów wyrzec się wszystkiego, byle tylko ujrzeć Twój uśmiech, on był jedynym szczęściem… Wierzyłem, że… zresztą, to nieważne… teraz jestem wygnańcem własnego sumienia… Już nie dla mnie ziemskie uciechy, wyjeżdżam jutro tylko, by zatopić smutek w morzu alkoholu, terapia będzie nieskuteczna - ile razy próbowałem? Nie pamiętam… Ostatni raz 20 V - 19 VI (nie licząc serii po 2-9 dni), ale po co wspominać…
Smutek jest zajebiście dobrym pływakiem… Zawsze wypłynie… Szukam Jej, wzywam Ją! Niech już wreszcie przyjdzie i zabierze mnie z tej parszywej rzeczywistości! Bo trzeba być zjebem, żeby w mojej sytuacji chcieć żyć…
Ten tekst nie jest żadnym aktem strzelistym (vide np. 22 V), to ma być tylko pożegnanie… Szkoda tylko, że bez efektu…
Varium et mutabile semper femina… Jedyne co mogę dodać (też kogoś): Sic transit gloria mundi i Sustine et abstine… może jeszcze trochę Włocha: Lasciate ogni speranza voi ch'entrate
01.01-19.12.99