InfinituS
(1979 — 19.12.1999)

 

1999

Maj
01. Bądźmy gotowi na śmierć każdego dnia
Idźmy przez byt z jej imieniem na ustach
Słuchajmy pieśni szukających szczęścia
Ujrzyjmy płacz zawiedzionych nadziei
Wąchajmy zapachy quasiwolności
Dotknijmy marzeń wieczorową porą
Sławmy uśmiech prawdziwego demiurga
I prośmy ją może dzisiaj uwolni
02. To jutro. Jak najdłuższy dzień, właściwie wiek, to dopiero jutro… Tyle godzin już było, kilkanaście przede mną… To już jutro, ale raczej dopiero… Mogłoby dziś, ale nie mam szans… Szkoda…
03. Godzina powoli za godziną odchodzi… One - złe godziny milczą, a raczej krzyczą, krzyczą tak, że serce i trzewia wirują, podchodzą do gardła, duszą. One - bardzo złe, samotne godziny, odchodzą, gdy próbuję porozmawiać, znikają, gdy otwieram usta, postępuję o krok… Kiedy wreszcie Cię usłyszę, kiedy ujrzę… One - niezwykle złe, tęskniące godziny, ich milczenie… Przecież to miało być dzisiaj… A może to już neuroza, może psychoza, nie wiem, czas zapętla się… A Ty tak daleko… Czemu Cię nie ma teraz w zasięgu głosu i wzroku, czemu to wszystko tak boli… Ty myślami…
Dlaczego nie dzwonisz? Tyle godzin czekam na Twój głos. Ale Ty tam… Bo gdzie? Bo kim jestem? Bo dla mnie? Nie odzywasz się, świadomie czy tylko zapomniałaś… Może nie chcesz mnie pamiętać… Bo ja? Bo nikt? Bo głupek, egoista, brzydal? Bo świnia? Bo mam czelność kochać, marzyć o Tobie? Bo nie warto na mnie spojrzeć? Bo wstyd? Bo śmieszność? Bo tu tylko słonomokry pejzaż? Bo tu tylko nikt! Głupi marzyłem naiwnie patrząc w słońce… Bo był okres ekstazy, wszystko było u moich stóp, wszystko było w zasięgu ręki (z wyjątkiem Ciebie - nieprzystępnej, stawiającej między nami szklany mur), przeszkody pokonywalne… Później cienie się wydłużyły, przeszkody stały się niepokonalne, szczęście niewykonalne, życie bezcelowe - bo Ty byłaś zbyt daleko… Nie mam prawa i nie mam żalu, zmarnowałem jeden konkretny life… Mały bo mój… Nieważne… Po co to wspominam… "Trzeba dalej żyć i iść na spotkanie nowego dnia z podniesioną głową"… Przydałoby się, a nawet jest to niezbędne i dobrze widziane, uśmiechnąć się… Może nie tak bezkrytyczno-bezmyślnie, a na pewno nie tak z głębi serca ale uśmiechnąć się… Uśmiechnąć się, choć chce się rzygać, rzygać resztą życia… Dzisiaj mam jedno marzenie - uzdrowienie - usłyszeć Twój głos… Kolejne godziny płyną, dzisiejsza noc bezsenna, skupiająca wzrok na suficie, rozpraszająca wzrok - rozmazując kontury… Błyskając nieczułym brzmieniem, wbija się prosto w serce, hucząc nieistnieniem, tnie je na kawałki, niszcząc szatkuje… Żyję egoistyczną potrzebą Twojej obecności… Ona pozwala jakoś istnieć, czasem bez snu, zawsze problemami, bez skupienia, bez cienia… To niezwykle dziwne, ale co ja będę stwierdzał, w końcu to absolut… Dlaczego jednak szczęśliwie ten absolut lub raczej jego potwierdzenie, znajduje się, ba, kieruje i determinuje moje prymitywne istnienie… Dlaczego nie zadzwoniłaś? Mogłaś zadzwonić i powiedzieć mi, że nie chcesz ze mną rozmawiać, widzieć mnie, byłoby to uczciwsze… Chociaż ja - marny śmieć, nie mam prawa oskarżać Cię - bóstwo o cokolwiek… Żal mogę mieć tylko do siebie, bo miałem tyle możliwości zniknięcia, cóż, żebym cierpiał, że bym tego nie przeżył, ale byłbym wolny, a nie zniewolenieśmieszny, wpisany w konwencjonalnie w świat… Bo mimo psychastenii i schizoidalności skirtotymicznej nie mogę wyrwać się z jarzma codzienności… Śmieszny, jak Bodlerowski albatros, zanudza zwyczajnością, gdy każdy oczekuje końcowego aktu… Mogłaś jednak zadzwonić… To wszystko jest takie straszne… Nie mogę przebić ściany, tej przede mną… Wygląda na to, że tu kończą się moje możliwości… Przykro, aż czyści… Majaczyłem o czymś lepszym, cały czas obracając się w świecie utopi… Nieważne, że prywatnych… Trudno…
04. Zadzwoniłem bez odwagi pytania… Żyłem, trwałem szczęściem w czasie rozmowy i po niej także…
05. Obiecałaś zadzwonić… Długie godziny spędziłem w milczeniu złych ścian, czekając na najcichszy dźwięk telefonu… A Ty, jak to Ty, byłaś nieobliczalna i pozwoliłaś mi dostąpić zaszczytu zobaczenia Cię, tonąć w szczęściu usłyszenia Twojego głosu… Dziękuję… Ach, za dwa dni znowu Cię ujrzę…
06. Szarość codzienności uderza prosto w świadomość… Słońce oślepia, śmierdzi tłuszczem spalonym, potem, odchodami, monotonność oddycha pragnieniem… Chwilowa radość "twórcy" szumnie zwącego się kompozytorem; kolejne prawie sto taktów na sekcję dętą do mojej symfonii no1 e-moll (powinno pisać się "e", ale wszyscy piszą moll, jakby to nie wynikało)…
Znowu te cholerne naloty… Cała ta cholerna wojna jest wielkim gównem i próbą odwrócenia uwagi opinii publicznej (O.P.), która powinna święcie wierzyć w NATO (czyt. USA), ale rządy konstatują, że niestety te głupki (społeczeństwo) nie są przekonane o celowości agresji. W Polsce "przypadkowe społeczeństwo" zachowuje się odmiennie niż społeczeństwo widziane za szklanym ekranem (niektórzy mają własne społeczeństwa, NATA i światy w 0,5 l., odbiorniku i kapliczce) tym z Wiadomości czy Panoramy. Ale ton w końcu cena za członkostwo w "nowym" Układzie Warszawskim… Ci prymitywni Amerykanie (m.in. ci z Whartona) i ci Polacy, którzy chcą pojechać do Nowej Jugosławii: "bo obejrzą sobie krajobrazy lub zwiedzą nowe kraje (ciekawe jak można je oglądać i zwiedzać z głową w bunkrze albo bez niej)", "bo zarobią (chyba kulą w łeb)", "bo sobie pozabijają i pogwałcą (większość w wojsku to tzw. "świry")" (- czy to jest normalne - jeśli tak to świat ginie), czy oni zasługują na życie - nie mnie o tym decydować, ale może lepiej będzie jak nie powrócą…
07. Żeby już wsiąść, żeby już pojechać, żeby dojechać, żeby wysiąść, ruszyć przed siebie, żeby już dojść… Idę, a właściwie płynę samym wspomnieniem, samą myślą o Tobie… Proszę Cię! Bądź! Błagam żebyś była, żebyś chciała widzieć, porozmawiać, posłuchać, mówić, żebyś pozwoliła mi ujrzeć Twoją postać, usłyszeć Twój głos… Ciekawe, czy będziesz czuć radość, czy tylko ją wymusisz na ustach… Żeby już dojść, żeby zadzwonić raz, a potem, po chwili, nieśmiale, jakby trwożnie, wstydliwie drugi… Cisza! Cisza!! Cisza!!! Zabija uczucia! Zabija świadomość! Skąpany w żalu (do losu) dzwonię po raz trzeci… Wbrew etykiecie… Nie mogę uwierzyć… Myśli zrozpaczone uciekają, nie pozwalają strawić faktu… Boję się Twojej nieobecności… Myśli - błędni rycerze, rozbiegają się w popłochu… Więc to prawda… Nie ma Cię tutaj! A może to ja nieistnieję? Może nie chcesz mnie widzieć, słuchać nudy z domieszką quasidominacji, dzielić się myślami, planami i wspomnieniami, radościami i smutkami ze mną, marnym wspomnieniem tamtych, innych, dla mnie dobrych, dni… Ale to tylko moje zdanie, zdanie wytrawnego, idealnego egoisty, rachitycznego łowcy, egocentryka i, w ogóle, jednego, wielkiego ego… Myśli zezwalają tylko na jedno: Nie było Cię! Tylko łzy…
08. Może dzisiaj? Mogłaś być… O tak! Proszę! Znowu cieniem mknę miastem… Prowadzi mnie już tylko nadzieja… Tak, to tam mieszkasz… Czy jesteś? Czy chcesz mnie widzieć? Czy chcesz naprawdę? Twoje drzwi przede mną, sunę powolutku, na palcach, nie chcąc zbudzić echa, echa - prześmiewcy, piewcy Twojej nieobecności… Podnoszę rękę…
- Nie! - jak błyskawica w głowie…
Opuszczam rękę…
- Tak! - jak grom huczy…
Podnoszę ponownie…
- Nie! - rozkazuje…
Pokornie opuszczam…
- Dlaczego? - nieśmiale tłucze się…
- Niewartyś - gdzieś w głębi, wątpliwej…
Ręka, która się waha… I nagle powyżej zwycięża:
- Tak!
Trzask. Grzmot. Ból. Cofam wystraszoną rękę. Kroki! Kroki!!! Huk otwieranych zasuw i zamka chrzęst. Drzwi w półodmyku, niepewnie, jakby niechętnie… Nie wiem… Ty w progu! Ach to Ty! Jesteś! Po zdziwieniu karmisz mnie uśmiechem… I już wszystko gdzieś odpływa, jest nieważne… Jesteś Ty! Ty i Twoja radość! I moja zmieszana z lękiem… I nie potrafię spytać się, boję zadać Ci pytanie… Boję się Twojej reakcji… Strata Twojego uśmiechu = śmierć… Bo cóż mi więcej pozostanie i tak każdemu na tym zależy…
09. Wracam… Sam… Za oknem bezkres pól, bezmiar przestrzeni… Z tymi polami i przestrzenią, to tak, jak z samotnością… Bo jakiż jestem? Bo kto? Bo kiedy? Bo gdzie? Serce boli tak cholernie fizycznie, bo cholerny upał… Drugi ból jeszcze trwalszy, mocniejszy, połowicznie mózgowy, wciąż bardziej dołujący… To prawda… Nie mogę żyć bez myśli o Tobie, bez marzeń, pragnień, snów i łez, nie mogę zapomnieć, żyję tylko Tobą, Twoim imieniem, nie mogę żyć bez Ciebie… Te długie godziny rozłąki przede mną czają się, atakują w pozornej chwili odprężenia… ty jesteś idee fixe mego życia, tej mrocznej krynicy słodkiego jadu, niewybrednych bredni, czystobłękitnej poświaty zbrodni, zdrady w czas przyjaźni…
10. Dni mijają coraz wolniej, uciekając każdą chwilą…
11. Świat przejawia się w martwych błyskach pozorności, jest żywą pochodnią, przy boku cudzą ręką, nożem może w plecach, 100% w sercu współtrwając w mózgu… Miłość i samotność… W jakim procencie ambiwalentne, indyferentne, symbiotyczne? A miłość i lęk, a samotność i lęk?
Północ odpłynęła majestatycznie 12 uderzeniami XVIII-wiecznego (Ludwik XVI) zegara… Trwam zamyśleniem… Kolejne godziny dołączyły do swej przyjaciółki… Złocony cyferblat wiecznie krojony wskazówkami… Niebo szarzeje, jasność zbiera się na horyzoncie, za chwilę wybuchnie z różu w żółć ze stadium środkowym gdzieś przy pomarańczu, cichy świergot zza okna pozwala stwierdzić, że właśnie rozpoczął się nowy dzień, tak zwyczajnie od świtu… Jestem jak idealny posąg zastygły, zaprzedany bryle… Moja uczciwa (niestety) oddaje mnie takim, jakim jestem (może widoczny przez ludzi)… Gaszę światło, jest już jasno… Kolejne dwie godziny bryłuję ten temat, najstarszy temat w kategorii: ludzkość… Koniec na dziś (właściwie wczoraj) trzeba iść w nowe życie, bez trosk, zmartwień… W radosne, całkiem nowe życie…
12. Kolejna północ przyszła, złożyła lekki, jak te przysłowiowe płatki róży, pocałunek, pozwoliła trwać nakazując radość piekącą w usta i poszła niczego nie wnosząc, świat pozostał sobą, życie też… Kolejny pocałunek jest jakby obok mnie bądź za mną - nie dociera do mnie natychmiast, lecz dopiero po kolejnych dwóch z pierwszą, jakby nieśmiałą, szarością, przebiega jeszcze jedna niosąc jasność, zniewalającą jasność… Pora odpłynąć w bezdenną czeluść snu, te długie próby, ta urywana nieświadomość wykańcza… Ale Tobie przecież o tym nie powiem… Nie chcę Cię niepotrzebnie martwić… Bo ja, to tylko ja… i nikt mniej… i nic gorzej… Bo to tylko ja…
13. Dziś (czy wczoraj, może jutro?) północ miarowo, powoli, przeciągle kołacze do drzwi… Ale gdzie te drzwi… Gdzieś we mnie uderza, jakby to ONA może przyszła, oddycham tylko tym już, bo chcę tego… Tyle marzeń, bo i oczywiście, i na czele TY zawsze… aaaaaaaaaaaa…
Już brak mi sił (notabene od zawsze), nie mam szans, na nic też… Koszmarne życie otacza, horror zasypiania, thriller snu, psychopatologia depresyjno-maniakalna przebudzeń, wynurzenia insomii, martwota kolejnych godzin omija okna, bez odwagi spoglądam im w twarze, a raczej zerkam, gotowy odwrócić głowę i zaczerwienić się… Każdy promień słońca przeszywa ciało… Jak nóż…
To już rok od…
14. Minęło 546 lat od końca średniowiecza (według niektórych - inni lokują to trochę później - 29 V). Ciekawe, co czuł Konstantyn IX umierając w nieświadomości końca epoki? Co czuł Mehmed II? Nieważne, czy ludzie dzisiaj mają świadomość końca epoki, końca świata? My, dojrzalsi o 546 lat, równi jesteśmy tamtym świadomością…
15. Długie tęskniące godziny… Znowu Ty powodem… Jak zawsze… Kiedy Cię zobaczę?
Marnuję życie… Powinienem je komuś dać, w końcu i tak nie ma ona dla mnie żadnej wartości, jest mi zbędne; może to trochę oszukany dar, ale darowanemu… Tylko żeby można było oddać…
Rok temu obiecałem, że nigdy już nie wspomnę o tym, co czuję do Ciebie…
16. Drugi list do Ciebie… bez tęsknoty, bez smutku, tylko radość… Nie chcę i nie mogę Cię martwić. A że boli… Trudno… Te cholerne godziny w mroku, ciemności, aż do ujrzenia blasku, może mój organizm żyje tylko Tobą, bo życie z brakiem Ciebie tylko półtrwaniem… Taki realno-impresjonistyczny półsen…
17. 19:10 Wysłałem… Żałuję… Wyszedłem na głupka (może nim jestem, chyba nim jestem, tak! na pewno nim jestem)… Te głupoty - moje życie (okrojone z tęsknoty, smutku i bólu - bo martwiłabyś się), sprawy zatrzymujące moją uwagę (poza, oczywiście, Tobą), po co o nich pisać… Dlaczego miałbym (bo powinnaś - chociaż nie wiem, czy bym chciał - to przeczytać i pewnie, chyba, przeczytasz - chociażby z ciekawości: "co też ten idiota napisał" i chyba na pewno rozczarujesz się: "co za głupoty" - "idiota" to pewnie lżejszy z komplementów wysłanych pod moim adresem… ale to najwcześniej jutro) wytracać, marnować Twoją najcenniejszą rzecz - czas?
Dlaczego to wysłałem? Dlaczego ty - głęboka nocy, a raczej przedświcie, nie pocieszasz, tylko milczącym kamieniem u szyi przyciągasz do dna rozpaczy…
18. Ciekawe czy? i, jeżeli odpowiedź jest pozytywna, co o mnie myślisz? Móc spojrzeć w Twoje cudne oczy, usłyszeć Twój czarująco-niespokojny głos - marzeń szczyt… Może w piątek Cię ujrzę - tylko to pozwala jakoś żyć… Dlaczego taki jest ten świat? Czy ty świcie odpowiesz mi? Milczysz…
19. Słyszałem Twój głos, brzmiał gdzieś tam - 160 km dalej, daleko ode mnie, tak daleko… Ty chyba jeszcze dalej, Twoje myśli nieosiągalne…
Mam, uważam, że mam dużo problemów, bardzo dużo, niektóre powodują, że jestem o… taki mały, wykańczają tę marną resztkę nerwów i rozsądku, niekoniecznie, niezupełnie i, na pewno, niezdrowego… Śmiejesz się z nich, tak gdzieś tam słyszę ten dobrze - choć nie doskonale, skoro się go domyśliłem - ukryty śmiech i konstatację żalu, że trzeba się przyjaźnić - było by łatwiej, lżej i przyjemniej (chociaż, gdyby nie ja, ubyło by trochę rozrywki, ale też i nerwów)… Stąd też dobiega śmiech - śmieją się Oni - wszyscy, których kiedykolwiek znałem, którym ufałem, którzy odeszli i zostali pozornie uderzając nożem prosto w moje ufnie rozpostarte plecy, ufnością silne, utratą jej zabite… Co to, en general, za śmietnik i degeneracja pojęć: ufność, miłość - godne romantyzmu, dekadencja to zniszczyła - tak, jak i duszę itp.… - jakby powiedziała pewna dziś persona - wicestarosta, właściciel i naczelny lokalnego szmatławca, guru jAWS-a, szaman powiatu, gminny mikado, kleromaniacki "bicz boży", elukubracjomistrz itp. itd. jednym słowem Nic… Ale szkoda na niego czasu… Bo jak mawiają: tempus fugit… Wy też się śmiejecie… Ona także… Nieważne… Żal tylko, że Ty…
Świt pokazał już swoją twarz, w kąciku ust uśmiech gra, gdy odwracam głowę śmieje się głośno… To boli…
20. Wrocław, Targun, Arkadia… A może odwrotnie…
21. Za godzinę Cię ujrzę… Ujrzę Twoją Postać… Byle już dojechać, być tam, dojść i rozmawiać z Tobą… Prawda jest jedna - nie mogę żyć bez Ciebie…
To boli! Aaa!! Nie było Cię… Wypadła Ci Bardzo Ważna Rzecz i musiałaś ją załatwić… Szkoda… Ostatnio dziwnym, chyba, trafem ciągle coś Ci wypada… A ja sam - egotyk oddychający przeszłością - losu pastwa wisi Damoklesem nade mną, wszędzie śmiech bo jestem głupi, bo złamany, trawiony chorobą, nieuleczalną, martwą chorotą, chronicznym niepokojem, smutkiem i łzami opłacaną, serce roztrzęsione psychiką fizycznie… Stupor u Twych drzwi…
Już cztery godziny odkąd skazałaś mnie na śmierć… Byle umrzeć jak najszybciej…
Hej! Ktosiu zwany Bogiem (bo tak ładnie brzmi) (jeżeli w ogóle jesteś)… Hej Kloto! Parko Tragiczna, Piękna Czernią tnij tę cholerną nić!! Okwieć mnie pozwoleniem odejścia, zwiększ swoją chwałę zwolnieniem mnie z tego koszmarnego obowiązku zakończ tę bolesną powieść z lat dojrzewania - trzeciego dojrzewania… Tragiczne dojrzewanie, dramatyczne doświadczenie = Śmierć, tylko dlaczego Ona nie chce przyjść…
22. Kurwa, dzisiaj mam exam! Matma 8.30 - 3…
Okłamany w ciemną, ślepą noc
Porzucony w jasny, bezwzględny dzień
Szukam ratunku na próżno
Samotny rachityk skazany na śmierć
Tylko, że Ona nie chce przyjść mimo próśb
Idiota jak żywy zakochał się w głazie
Bezwzględnie raniony bliskością słów
Do wczoraj tylko Ty powiernikiem
Ty jedynym celem, gwiazdą istnienia
Ty opleciona ambiwalencją, brakiem sił
Ty każdą myślą, każdym obrazem
Ty słońcem, księżycem, gwiazdami
Ty niebem i ziemią, niebem i piekłem
Ty marzeniem, westchnieniem, uśmiechem
Ty oddechem, napojem, pokarmem
Ty wszystkim, czasem, życiem, snem
Tobie jedynej ufałem, Jedyny Przyjacielu
Długo się oszukiwałem, trawiony lękiem
Ty bezlitośnie okłamywałaś naiwność
Podwójnie zraniłaś, mocniej uderzyłaś
Celniej trafiłaś, indyferentniej zabiłaś
Wczoraj umarłem prawdziwie
Już nic nie istnieje, biel wszędzie
Ze wszystkich ścian śmiech, przeklinanie
Cały świat nienawidzi mnie - marności
Cały świat zmusza mnie do życia
Świecie… Spierdalaj! Chcę tylko Jej
Kiedyś tyle razy modliłem się o to […]
Modliłem się do tego, którego nie ma
Tu tylko śmiech, śmiech otacza mnie
Tu tylko ból, tęsknota, żal, łzy, lęk
23. W tęsknotę odlewamy żal
Tęsknotą podwajamy lęk
Tęsknotą potęgujemy ból
Tęsknota krzyczy z naszych ciał
Tęskniąc pozwalamy się zniszczyć
One tęsknotami - głównie ich milczenie
24. Dryfuję po morzu martwoty - tęsknoty… Jestem za słaby na to by płynąć, za silny (a może za słaby) by utonąć… Trwam i to jedyne, co mogę o sobie powiedzieć… Ból rozrywa czaszkę, tępo pali w skroniach, zmraża w potylicy… Insomia totalna…
Twoje imieniny… chyba… nie wiem, skąd to przypuszczenie… Miałem nie wspominać… Widocznie mózg ustanawia fikcyjne święta, by mieć powód myślenia, mimo zakazu.
25. Dzisiaj Ty! Tam… Papiery… Podróż… Duszno… Brakuje oddechu, jeszcze te psychiczne duchoty… Aaaa!!!
Żebyś była, chciała rozmawiać, żeby wszystko się udało… Oddechu! Byle wysiąść… Tam też duszno… Ale tam Ty… Byłaś. Rozmawiałaś. Śmiałaś się. Smutniałaś. Jakby prawdziwie… Ale nie wiem… Nie mam pewności… Tu możliwe jest sprawdzenie tylko z Modus Tollendo Tollens, a więc brak pewności…
Zgubiłem zeszyt z wierszami, tymi najdroższymi - o Tobie… Smutno mi i tęskno, i jeszcze to… Ślad, który chciałem zostawić po sobie, przepadł bezpowrotnie… Zniknął kawałek Twojej obecności, Ciebie, która znaczyłaś każdy mój krok, która jesteś każdym oddechem… Za dużo skupiam się nad codziennością, ale Ciebie brak, a bez Ciebie nie potrafię się oderwać, deficyt sił…
26. Ach, wczoraj widziałem…
Rok temu zdałem ostatni exam maturalny…
Największy ból w życiu przeżyłem kilka godzin później…
27. Mahakam - to brzmi jak rozkaz, jak utracona szansa…
28. M0RGAN@FRIKO6.ONET.PL czyli mam własny e-mail w necie…
29. Ty ponownie całym dniem… Atakujesz każdym przedmiotem, którego dotknie mój wzrok, każdym dźwiękiem, którego uchwyci się, w nadziei, mój słuch… Ranisz każdą chwilą, rozrywasz… Kiedy Cię zobaczę, kiedy Ty objawisz się mi - marności tego świata? Moja Bogini… Ach… Tęsknota uderza najsilniej o świcie… Oddycha brzaskiem…
30. Dziś - w dniu, w którym świat się jeszcze, niestety, nie skończy - dziś - w dniu tęsknoty, rozmyślań, 150 dniu marzeń o Tobie w tym roku, snów… dziś - w dniu…
31. Niektórzy (Tomasz z Akwinu) sądzą, że wola ma pierwszeństwo nad rozumem, inni (Jan Duns Szkot) przewodnią rolę nadają rozumowi…
U najprymitywniejszych wola = rozum, u najgenialniejszych rozum = wola. To jest tylko przedłużeniem Konfucjusza (tylko najwięksi mędrcy i najwięksi głupcy nigdy nie zmieniają poglądów)…
01.01-19.12.99