InfinituS
(1979 — 19.12.1999)

 

1999

Sierpień
01. STUDIUM POTRZEB
Pojechałem tam…
Czekanie… Browce w torbie. Nadjeżdżaj! Ile jeszcze? Jest! Trzeba wejść. Ech. Uff. Co teraz? Tak! Browar! Kilka, kilkanaście (po 9. straciłem rachubę) browców i 1 nalewka na cały dzień, to kropla…
Cały dzień chodziłem, pozornie bez celu, ulicami - szukałem Ciebie, byłem w dżejefemach nr 20 - nie było nikogo… Byłem 5 razy…
Szukałem…
Może źle szukałem…
Nie, przecież nie! To chyba niemożliwe…
Cały dzień broniłem się przed myślą: Nie chcesz mnie znać, nie ma Cię dla mnie, znudziłem Cię… Nie znajduję pocieszenia… Nigdzie go nie ma…
Jeszcze po kropelce
Wolno odchylam głowę, patrzę w nieruchomą, bladą, skrzywioną złośliwym uśmieszkiem, twarz… Księżyc… Za 10 dni "zaćmi" Słońce…
Kropeleczka…
Ci, których znałem…
Każde miejsce - przypomnienie…
Pamięć pracuje na najwyższych obrotach: Tu byłaś ze mną, Tu byłem z…, Tu…
Naleweczka…
Ciemność… Przez 3,5 h, w ubraniu, bez spodni…
02. Ach! Pić! Przecież dostałem w nocy puszkę. Gdzie ona, do cholery, leży? Wyłaź kurwo! Ach… Jest! Aaaa… itd.…
Szukałem Twojej obecności… Widziałem Twoją siostrę… Byłem w domku u Ciebie… Ty tam nie mieszkasz… Komuś to sprzedaliście… Urwany trop… Dlaczego nie powiedziałaś…
No chodź browarku, mój przyjacielu…
Jak zwykle w dzień bary, namiot…
Kajak z Kwietnikiem…
Wieczorem molo…
Poznałem pewną gościarkę… Niech się nazywa M… Rozmawialiśmy pół nocy… Jest fajna, jakby to powiedział ktoś… Zajebiście się z nią rozmawia… Browarczymy na molo, na ławce… Jest fajnie… Staram się o niczym innym nie myśleć… Ten wyjazd był znakomitym posunięciem… Nasz nocny czas dobiegł końca… Browarki zaszły, Księżyc zasnął… Mieszka w burżujskiej chacie… Jest zajebiście… Jeszcze tylko Ty przyjedziesz i będzie lepiej niż rok temu… Przyjedź, proszę…
Jutro z M. na kajaki…
Próbuję zasnąć wpatrzony w sufit… Zegarek zdechł, M. pożyczyła mi swój…
Kwietnik nie jest za szczęśliwy…
Koleś mojego sistera dojechał taryfą za 1,5 bańki… Jak lubi…
Nie mogę zasnąć… Browarku gdzie jesteś?
03. Najwcześniej o 8.00… Już o 7.20 pod sklepem… Za 15 sprzedają mi garść browców… Otwieracz. Byle wziąć łyk. Już jest dobrze… Kartka…
Szybki prysznic i na kajak… 2 h z M… Brak słów, by to opisać… Było świetnie… Rozstanie na kilka h…
Obiad… Po nim wędruję bez celu… Nogi same niosą do Twojej byłej siedziby… Daremnie… Z Kwietnikiem idę do M. Nie ma jej… Spotykam ją na molo… Po godzinie proponuję jej poznanie ekipy z mojego rodzinnego miasta…
Kwietnik chyba mi zazdrości…
Znikam na 2 h - kibelek, browarki, potrzeba samotności - wracam, Kwietnik odbił mi ją… Byłem naiwny… Ktoś, kogo darzyłem, powiedzmy, zaufaniem, zabił je, zabił lub raczej zerwał nić łączącą mnie ze światem… A ona… Szkoda słów, straszny wycięła mi numer… Ale co o niej można sądzić… Ogarnia mnie pogarda i żal… Chociaż, za mimo wszystko niezbyt wysoką cenę, otrzymałem świadectwo szczerości…
Włóczę się bezcelowo, Jej też nie ma, nigdy nie chce przyjść… A oni tam, bawią się prawie znakomicie - mój duch pomiędzy… Czują to, czuję to, wiem to… Nie będą szczęśliwi, czy chociażby zadowoleni - może szkoda…
Browarku mój powierniku, towarzyszu, prawdziwy przyjacielu…
04. Przyjąłem imię Neithan tzn. "odarty ze wszystkiego" - "skrzywdzony"…
Bo i miałem troje bdb znajomych… Nazywałem ich ze staroświecka: przyjaciele - Ty, Vicioo i Kviecioo… Zabrałaś miłość i wszystko, co związane z tym… moje myśli… V. odebrał mi muzykę, wiersze i prozę… K. odebrał mi resztę…
Przybrałem też imię Umarth - "zły los" i Ereb - "samotny"…
Miałem wszystkiego dosyć… Próbowałem tego, co zwykle - garść tabletek, pusty bebech i chlańsko do nieprzytomności…
Nie! Nie udało się!
Po 7 h niebytu wróciłem…
Wieczorem znów chlałem…
Browar to jedyny przyjaciel, on zawsze ma dla mnie czas, zawsze mnie wysłucha, pozwala oderwać myśli…
Bo życie jest jak ciepła wóda - syfne, a daje kopa, powala na ryj…
Bo wszyscy mnie zdradzili…
Ból… Bo co innego… Tyle lat byłem oszukiwany… Oni patrzą na mnie z uśmiechem…
I tak nie rozumieją…
Wieczorem znów molo…
M. była tam… Prosiła, abym wybaczył… Błagała, abym zapomniał… Jestem za miękki… Przebaczyłem… Pamiętam… Odchodzę bez słowa… M. biegnie za mną… Prosi, namawia, zaklina, błaga… Jutro kajak… Nie mam ochoty…
Lulajże browarku, lulajże, lulaj,
a mnie do snu, przyjacielu, ululaj…

Ich śmiech wyniszcza…
Nie mogę zasnąć… Myślę… Co robić? Bo każde wyjście złe… Nie mogę patrzeć im w twarze…
05. Dlaczego tak sucho… Język - wiór… Oczy przekrwione wirują wkoło… Odbierają mi radość… I tak jej nie ma… Co robić… Spać się chce… Nie mogę… Sucho… Aaaa… Usta wykrzywione, wilgotne oczy… Krzyk zasycha w gardle… Brak skupienia… Sklep! Coś chłodzi łapsko! Kant! Uderzenie! Do góry i w tył! Aaaa! Już lepiej…
Browarku mój friendzie… Zlituj się nade mną… Pomóż…
Pójdę na ten jebany kajak…
Spotkałem ją… Milczę, a ja milczę, jak zaklęty… M. błaga bym się odezwał… Zbywam ją… Nie mogę tak… Nie potrafię być nieczuły… To boli… Jestem przeklęty… Przeklęta godzina, w której się urodziłem… Przeklęta ziemia, w której tyle […] mam, Ile jej stopa ma pokrywa, Dopokąd idę… Niestety to nie całkiem moje słowa, a takiego geniusza, jak On - "mój" mistrz - już nie będzie… Przeklęty każdy, kto mnie znał, nikt nigdy mnie nie widział… Dość… Suszy…
Wieczorem molo… M…
Wytrwałem do 2.00 wśród ich złośliwych uśmieszków, półsłówek… Neithan jednak czuje…
Depra przychodzi cicho, obejmuje mnie, bo nigdy żadna nie miała tyle uczucia, by mnie dotknąć… mnie - pariasa… Wyklętego… M. stoi cały czas za plecami… Czeka… Jeszcze myśli, że się wyrwę…
Tonę do rana… Kolejna noc bez treści… Bo jestem zwykłym gównem… Suszy…
Twój brat stwierdził, że przyjedziesz w poniedział… Dlatego też depra przyszła tak szybko i tak długo trzymała… Bo i tak nie ma nadziei… Bo czymże ona? Śmiercią? Szczęściem, którego nigdy nie maiłem? Którego nie znałem? Miłość - okrutny platon… Wypalający od wewnątrz… Tylko w jedną stronę… Dlaczego - tyle już razy zadawałem to pytanie, krzycząc w nocy mokrą twarzą - nie możesz tego odwzajemnić? To jedyna przeszkoda, by poczuć uczucie zwane szczęściem… Jeżeli istnieje… Bo nie mam większych ambicji (te i tak są nieziemskie)… Zżera mnie próżność… Ta sytuacja jest quasipatowa, ale mam świadomość, że zawsze przegram… Bo tu nie można zwyciężyć, a przynajmniej to nie dla mnie…
Bo jestem NIKIM…
06. Znów sucho… Tak jest codziennie… Na szczęście jest na to lekarstwo… Byle dojść… Byle było… Byle pociągnąć łyk… Jestem uleczony… Tylko fizycznie i tylko częściowo… Serducho napierdala… Szaleje… Jeszcze łyk… Następna…
Cały dzień wędrowałem, aż do zdarcia podeszwy do końca i skóry do mięcha… Krwią żłobiłem bruki…
Spotkałem M… Chce spotkać mnie na molo wieczorem… Kolejny łyk…
Znów muszę znosić to co zwykle… Nerwy już szwankują… Psychodela życia… Muszę to przepić…
Jutro jadę… Nie żałuję… Żal mi tylko tego czasu, który tu spędziłem… Bo jechałem tu tylko po to, by Cię ujrzeć, porozmawiać z Tobą… Nie udało się… tu wszyscy mnie opuścili i zdradzili… Muszę łyknąć…
Browarku moja miłości, może to browarofilia, to nie może być platon, bo ciągle cię konsumuję, jako owoc, a raczej płyn naszej miłości… Bo z tobą, to jak z harleyem: nigdy mnie nie zdradził, nie zawiódł ani raz, to najwyżej ja ciebie zdradzam, ale ty nie jesteś zazdrosny… Jeszcze jedna…
Pożegnalny wieczór z M.
Depra dzisiaj nie przyszła…
07. Ależ sucho… Kurwa, przecież nie mam kasy! Ach jak pali! Aaaa! Boli! Rwie! Moje serce! W żyłach pojawiła się krew! Zdobyłem stówę! No to, uzupełnienie zapasów i tzw. eliminatka…
Od rana chodziłem z M… Chodziliśmy bezdrożami… Było fajnie… I tak już przegrałem, bo w końcu jestem Umarth… Nieważne… Wszystko mi obojętne… Zbliża się czas wyjazdu, ale póki co zapomnijmy o tym…
Na obiad idę na kebap(b)a… Zajebicho… Ostrutki… Mmmm… z browcem najlepszy pod słońcem…
Po obiadku spacerek z browarkiem…
Później fałszywe pożegnania i wyjazd… Jeszcze tylko browarek lub dwa, co by droga była weselsza…
Co by nie pisać, ale w ciągu 7 dni od rana do wieczora (nocy lub rana) zaokrętowałem w bebzonie beczkę 50l, to i tak nie jest rekord, ale nie przyniosłem sobie wstydu… Zaprzyjaźniłem się z nim na dobre i złe - wreszcie ktoś odwzajemnił moje uczucia… Kończę z tym nudzeniem… Żeby jeszcze serducho tak nie napierdalało…
Żegnaj Skojo!
Żegnaj Hedonio!
08. Nastrój poniżej, i tak, niskiej średniej… Znacznie… Kurwa… Jebany 220. dzień roku, tego tragicznego roku, tego roku lamentu, tego roku żałoby… Już nie mogę… To wszystko mnie przerasta, jestem malutkim gównem… Tak, bo szukałem tyle lat… Niepotrzebnie… Jestem niepotrzebny, bo i komu? Każdy mnie olał… Bo Ty? To okrutny żart… Najokrutniejszy w moim zbyt długim, lękiem, bólem i łzami pisanym życiu… Bo wy? Macie poczucie humoru… Zabraliście mi wszystko, do ostatniej myśli… Bo oni? Już zapomnieli, wy też…
Pamiętam… Tyle razy mokrą twarz w oknie oświetlał Księżyc… Nie mam siły…
 
Nie przyjechałaś…
Nie wiem dlaczego?
Może bałaś się mnie? A może was?
09. Kolejny bezbrzeżny dzień… Odpływam gdzieś i tonę bez jednego krzyku… Szukam oparcia lub chociaż czegoś, od czego można się odbić, bo tu nie ma dna… Dlaczego żyję? To jest cierpieniem…
Pewnie tam pojechałaś…
10. Dostałem parę słów znad morza od Ciebie…
Czarna widokówka, a pośrodku pejzaż…
Napisałaś Ty i Twoje przyjaciółki…
Już nie wiem co o tym wszystkim sądzić…
Czuję, że nie chcesz mnie widzieć, a tu kartka…
Może to tylko gra… Bo umiesz zwodzić bez drgnięcia powieki, nawet głos nie zadrży…
Ale może obrażam Cię podważając Twoją prawdomówność…
Nie wiem… Już nic nie wiem…
Tyle lat rozmyślam, a z każdym dniem myślę, czuję, jestem pewien, że mniej wiem… To jest ponad moje siły… Inni się nie zastanawiają i im wychodzi, udaje się większość… Inni…
Zawsze byłem wychowywany na indywidualistę: inni to inni, ty to ty… I rzeczywiście nikt mnie nie może zrozumieć (z wyjątkiem Ciebie, ale Ty jesteś hiperindywidualna), jestem sam… Czasem to boli…
Nie twierdzę, że ludzie są szarzy, przynajmniej nie wszyscy… Moje hasło to: jeśli nie możesz być normalny - bądź człowiekiem (w węższej wersji - studentem)… Bo tylko ludzie nie wyróżniający się, jak urzędnicy, mogą być uznani za normalnych… Chociaż nawet tacy ludzie mają swoją chwilę… A ja… choćbym miał same chwile, albo był ich wyzbyty, i tak, będę sam… Czasem to lubię… Częściej to atakuje i pozbawia myśli… Bo to początek śmierci… Bo to boli…
11. Kartka z Wałcza… Ktoś czyli… Pamiętała o mnie…
Chujówka czyli quasizaćma…
Godziny głośno krzyczą, widzę je wszystkie…
Insomia żre…
12. Dlaczego to wszystko dotyczy mnie?
13. Samotnością dziś oddycha - otacza mnie tylko ona, zabiera siły, zmusza do krzyku… Krzyczę mózgiem, krzyk wiruje we mnie, nie mogę otworzyć ust… Tempus fugit… Obojętnie suną godziny, czasem tylko słyszę śmiech (najczęściej zza pleców), częściej widzę uśmieszek…
14. Jestem wyklęty… Społeczność ludzka przeklęła mnie… Wygnaniec, ciekawy świata podróżnik… Ale czuję, że słusznie przyjąłem nazwę Neithan… Jestem marnością…
15. Bo jestem sam… Tak ja… Łza płynie cicho… Myślę tylko o jednym… Ciekawe, co teraz robisz?
16. Kohelet uderza z mojego ciała…
17. Długa nadzieja… Bo mimo wszystko muszę coś mieć, żeby żyć… Nieważne, że jest to nadzieja z gatunku tych, które mają skazańcy na szafocie względem przeżycia…
18. Znowu Jagna… Kropla radości w oceanie cierpienia…
19. List od…
Poszukując świetności… Tamte czasy…
Wspomnienia ranią najboleśniej…
20. Wysłałem list do…
Nieudana impra…
 
Lękam się swojego wzroku
Nienawidzę swego ciała
Nie potrafię spojrzeć w lustro
Nie uczynię już niczego
Nie odnajdę nigdy drogi
Nie przepłynę morza lęku
Nie poczuję już radości
I nie ujrzę nigdy światła
21. Widziałem Cię… Jak zwykle poraziłaś mnie… Co tam ja - zwykłe gówno… Cholera, mam za tępy nóż - nie może rozciąć skóry na nadgarstku…
22. Otchłań smutku rozwinęła swe skrzydła, uwiesiła się u szyi…
Bo zawsze szukałem…
Nie znalazłem…
23. Nie pamiętasz o mnie… Jak wszyscy…
Tyle godzin…
Jestem stracony…
Potrafisz ranić, jak nikt… Bo przed Tobą zdejmuję zbroję…
Oni mnie nie obchodzą…
Tylko Ty dla mnie istniejesz…
Jesteś całym życiem…
Twoja obojętność nieuleczalne zadaje rany… Niestety nie śmiertelne… Codziennie zasypiam (jeśli) z nadzieją nie podniesienia powieki… Nadzieja nieprzebudzenia się pozwala (czasem) zasnąć…
Może (na pewno) jestem nikim, nikim byłem, gównem umrę…
Myśli doganiają…
Nie warto żyć… Już nie warto…
Nic nie warto… Nigdy nie było warto…
24. Życie nie ma sensu…
Ale… gdzie on właściwie jest?
Czasem mam sen: umieram… Chociaż tam…
Czasami (najczęściej) spadam w przepaść…
Nieraz zasypiam nad książką… Wtedy spadając, na chwilę przed uderzeniem, odzyskuję jaźń… Odbiera się to tak, jak topienie się - człowiek wynurza się i dusi powietrzem…
Częściej jednak upadek istnieje w prawdziwym śnie… Wtedy (to chyba niemożliwe lub nierealne, ale moja wyobraźnia nie zna tych słów) uderzam w skałę… Ciemność… Nie z rodzaju tych, że człowiek ma świadomość, że coś jest - człowieka nie ma… Ciemność nieistnieje… Nie ma nic… Jest ciemność-pustka, ciemność-próżnia, ciemność, której się nie czuje… Ciemność, która boli swoją realną nierealnością… Nie ma świadomości…
Albo zabijam się i następuje "projekcja osobowości"… moje ciało - gospodarz jest w 100% martwe… Mój umysł zamieszkuje w innym miejscu, czasie, ciele… Tkwi w tym jednak pewna ambiwalencja - nienawiść i miłość (prymityw), obecność i niebyt, życie i śmierć itd.…
Ciemność jest gęsta, jak smoła…
25. Kolejny dzień tylko czekałem… Słuchałem "Requiem" Mozarta…
Czekałem na jakiś znak od Ciebie…
Bo nie mogę zapomnieć…
Powiedziałaś, że odwiedzisz mnie…
Bo mogłaś powiedzieć prawdę, że nie chcesz widzieć takiego potwora, jak ja, że nie chcesz słuchać takiego nudnego głupka, jak ja…Bo jestem tylko tragicznym śmieciem…
Ruczaj moich oczu atakuje nocą…
Bo ja jestem nikim…
Jestem sam…
26. W oczekiwaniu końca…
Tak tragicznie powoli wlecze się to jebane życie…
Płytkie oddechy wyznaczają kolejne dni…
27. Każdy dzień jest coraz gorszy…
Każdy sprawia większy ból…
List od…
28. widziałem Cię dzisiaj… rozmawiałem z Tobą… Już nic nie wiem… chciałbym z Tobą porozmawiać jutro…
Wahanie…
Szukam ratunku… Znikąd pomocy… Beznadzieja…
Bo co mam zrobić?
Bo całe życie poszukiwałem…
Bez szans…
Chciałbym umrzeć…
Bo co mam robić?
29. Tragedia trwania…
Próbowałem być człowiekiem…
30. Moja anhedonia i abnegacja zmuszają do krzyku - prośby, błagania o odejście…
Mam dosyć…
Nie pierwszy raz…
31. Tak ciężko zadzwonić… Bo jeszcze tli się we mnie iskierka tej pierdolonej nadziei… Nie mam odwagi… Nie mam siły… Trudno ze sobą walczyć… Nienawidzę siebie…
Nie miałem odwagi, by podnieść słuchawkę, nie znalazłem w sobie wystarczającej siły, by zadzwonić… Objęcia trwogi krzyczą straszliwą siłą obojętności… Przeogromnym ziarnem lęku zasianym na lustrzanej tafli jeziora niepewności, płynąłem tonąc w braku zapomnienia, szukając w błysku zagubionego w potokach i kaskadach łez… Świat cicho szumi wokół, a ja płynę przestrzenią, w którymś tam wymiarze, przecinanym z rzadka współrzędnymi śmierci, krążącej światem, a raczej jego martwotą, blednącą każdym spotkaniem ze ścianą losu, biegnąc gubią złote girlandy braku szczęścia i radości, niespełnienia, braku wartości…
Szary świt, kolejny dzień z ironicznym uśmieszkiem zmartwychwstaje stojąc przed oknem, wpuszczając swoją tragiczną poświatę, wsączając jad w szpary pomiędzy ramami, przebijając niewidzialną ręką szyby…
Ból!
01.01-19.12.99