Not               Nop
K.
Blackman
(1979 — 19.02.1998)

 

Deszczowe dni
tzn.
Zaginiony rozdział
czyli
Schulz raz jeszcze

Dzień był deszczowy. Ogromne, przezroczyste, mokre, zimne, brzydkie, lecz pod wpływem słońca mieniące się tęczą tysięcy kolorów, uderzające z pluskiem o ziemię, rozpryskujące się, krople, spadające spod okapu zwykle niebieskiego, słonecznego, lecz dziś szarego, pochmurnego, jakby nadąsanego, płaczącego, nieszczęśliwego nieba, pozwala patrzącemu, zachwycającemu się ich pięknem, rozkoszującemu się tym ogromem wrażeń, wpatrującemu się w te krople, słuchającemu ich plusku, dudnienia, brzdęku, próbującemu powąchać ich świeży zapach, dotknąć ich i pełną dłonią przyłożyć do ust, by skosztować tego niebiańskiego pucharu wrażeń, zapomnieć o otaczającym go świecie. Przypomnienie przesyła klekot brudnych, przerdzewiałych błotników, rzężenie przeżartego rdzą, zasyfionego, nie mogącego wytrzymać takiego obciążenia, rzygającego benzyną, silnika, ryk zepsutego, skorodowanego, wymęczonego tłumika, wycie niegdyś czerwonego, dziś odrapanego, szarego, zniszczonego przez rdzę, brudnego, hałaśliwego, pozbawionego drzwi, samochodu. Z rury wylatuje sino-szara, dusząca, trująca, przesłaniająca piękno, otaczająca brudnym welonem świat, powłoka, otoczenie tonie w kakofonii, wymagających anielskiej cierpliwości, odrażających, pełnych potężnego, niszczącego zapału, dźwięków.
Ojciec w tych dniach był coraz bardziej szary, jego żółta twarz, tak odrażająca, a jednak jakże intrygująca, zostawiająca w myślach ślad grozy, tajemnicy, zachwytu. Prążki zmarszczek okalały jego spoconą, zimną twarz. Stał jak posąg, w pozycji pół-siedzącej, pół-stojącej, z nogami zgiętymi w kolanach, jego ulubionej pozie, jakby nasłuchując rozmowy myszy, z rzadka odpowiadał piskliwym, pełnym męki, świdrującym w mózgu, głosem, w którym uważny słuchacz wyczuwał ból istnienia, rezygnację, lęk, a zarazem fascynację bezwzględną egzystencją. Stał w tej pozycji godzinami, czasem dzień cały. Dziś było inaczej – Ojciec ocknął się, zawołał mnie, gdy przyszedłem, nakłonił mnie, bym zszedł do piwnicy, po butelkę wina.
Lecz rzeczą niewybaczalną jest posyłać w tym celu chłopca, przed którym otworzył się właśnie nowy świat. Schodząc długimi, krętymi, tajemniczymi schodami, odczuwałem dziwne zjawisko fizyczne, zabłąkane w tym świecie, zaciemnionego pryzmatu szarych barw. Mrowie ogarnęło kłęb, istnienie rozproszone w tym ciele, które, dziwiąc się sobie, przecząc sobie samemu, bało się, poczucie strachu ogarnęło mój mózg, moje ręce i nogi drżały agonią odwagi, mój korpus zapragnął skurczyć się, lecz skutkiem tych wysiłków był skręt, skręt niepodobny do innego: nogi obróciły się dookoła w prawo, a ręce tak samo w lewo. Stałem, trwałem w tym połowicznym bezruchu, bojąc się skrętu jeszcze większego. Nagle z tyłu wystrzelił mi ogon, ciało skurczyło się, w gardle uwiązł krzyk strachu, poczułem, że moja twarz zmienia się w pyszczek, ciałko obrósł zarost, żeby nie mówić sierść. Ogon był długi, zwężający się ku końcowi, gładki, otoczony zrogowaciałą, śliską skórą. Pyszczek był szary, nosek z szara różowy. Tarłem go łapkami, zaostrzonymi na końcach pazurkami. Uświadomiłem sobie, że jestem myszą! Małą, szarą, strachliwa myszką.
Mimo wrodzonego w myszy lęku, postanowiłem iść dalej. Usłyszałem długie, przeraźliwe piski, jednocześnie poczułem powolny, stęchły fetor, mózg zaczął odsłaniać różne widoki, nagle zrozumiałem, że to szczur. Oddychał powoli, świszcząc nabierał powietrze. Obłe, olbrzymie ciało zbliżało się nieuchronnie. Zacząłem uciekać, potykałem się, padałem, wstawałem, biegłem, by uciec przed moim prześladowcą. Nagle poczułem, że ziemia się rozstąpiła, zacząłem spadać w przepaść, bałem się, umierałem ze strachu, byłem pewny, że zginę, okropność tych myśli sięgała zenitu, a ja tak bardzo chciałem żyć. Upadłem na dno. Po chwili wróciła świadomość, żyłem! Usłyszałem dochodzące z góry piski, spojrzałem tam. Mój prześladowca, krzyczał, że i tak umrę, cieszyłem się, bo wiedziałem, że nic mi nie zrobi, odszedł, a ja poczułem nowego wroga, było nim zimno.
Podła, zimna dziura wypełniła bez reszty moją świadomość, chłód był przeraźliwy, w jednej chwili zesztywniałem, skostniałem z zimna. Moje myśli, chciałem je wyswobodzić, nawracają, kołują jak sępy nad padliną, ranią w chwilach słabości, stają się mym przeznaczeniem, wytyczają dokładnie kierunek do którego lecę, krótki, kołowy lot, to wzlatam, to spadam, jak wróbel, co wzniósł się na wyżynę... Lecz cóż to, czuję, o tak, czuję, że rosną mi skrzydła i obrastam w lekkie, puchowe, szare pióra. Jestem ptakiem! Jestem wolny! Wylatuję z dziury, lecę! Lecę!! Po głowie tłucze się samotna, coraz mniej realna myśl, napiera coraz mocniej, zastępuje inne, muszę znaleźć wyjście. Pułapka. Nagle czuję świst rozstępującego się powietrza i czuję dotyk przebrzydłych, okrutnych łap należących do kota. Wyrwałem się. Lecz on mnie ciągle goni, znów słyszę świst, tym razem zamykającego świat pełen niebezpieczeństw. Trafiłem do klatki z drutu, w jaką zawsze łapałem wróble, myśli wskazują tylko jedno: To już koniec!
Patrzę w twarz mojemu prześladowcy, boję się tego olśnienia, lecz ono wypiera wszystko i wszystko mi mówi: To ja...
01.98