InfinituS
(1979 — 19.12.1999)

 

Dziennik dnia apokalipsy
a więc
elukubracja traktująca o końcu
tzn.
rachunek wystawiony nocą
oznaczający
paradoidalną marność
czyli
konwencję życia
tj.
ostatni zjazd

ego sicut Dii
Ja, który niosę na barkach cierpienie całego świata, każdej żywej istoty...
Ja, który w złą godzinę spłodzony i w równie złą urodzony...
Ja, który zmarnowałem życie „goniąc za żywiołkami drobniejszego płazu”...
Ja, który ośmieliłem się pragnąć, ba, szukać szczęścia...
Ja, który zbłądził na każdym możliwym szlaku...
Ja, który wielokrotnie pytałem o sens istnienia...
Ja, który zawsze pytam o przeznaczenie...
Ja, którego każda decyzja była ogromnym błędem śmiecia przeszkadzającego cieszyć się drugim i sobie, zawadzającego życiem drugim i sobie...
Ja, który patrząc z perspektywy „dzisiaj” dostrzegam błąd zwany życiem rozgrywany „wczoraj”...
Ja, choć tempora mutantur non mutor in illis et „vae misero mihi. Quanta de spe decidi”...
Ja, którego zapał tworzył tylko porażki, a każdy czyn obracał się przeciw mnie...
Ja, który skąpawszy się w uwielbieniu, zostałem przywiązany do pręgierza śmieszności...
Ja, który skosztowawszy zatrutego napoju urojonej miłości, zapragnąłem pić więcej i upić się, a zachłysnąwszy się ośmieliłem się prosić o więcej...
Ja, dla którego ardua via omnia est...
Ja, który tych, którzy mnie znali skrzywdziłem, a tym, którym mój los nie był obojętny, dałem tylko gorzkie łzy...
Ja — tyle lat płakałem...
Ja, którego łzy skrzywiają świat...
Ja, który swoją genialność zaprzedałem codzienności, oddałem w imię quasispokoju...
Ja, którego imię zabroniono wymawiać — nakazano wymazać z pamięci, nikomu nie dałem grama szczęścia, a gdy już zrobiłem coś dobrego, zwracało się to przeciwko mnie...
Ja, bezgraniczny idiota podróżujący zamknięty w najdrobniejszej molekule bytu, zatopiony w najmniejszym quarku istnienia...
Ja, którego imię oznacza samotność...
Ja, którego imię oznacza wszystkie przekleństwa świata...
Ja — przekleństwo zdegenerowanego świata...
Ja, który w czasach, gdy homo homines lupus, ufałem — odpłacono mi właściwą monetą — wyśmiano, okradziono, zdradzono i odtrącono mnie...
Ja, którego imię bogowie wymówili z trwogą...
Ja, który zostałem skazany na banicję przed początkiem świata...
Ja, który...

ja — popaprany mesjasz
ja — najokrutniejsze zapomnienie
ja — najboleśniejsza pamięć
ja — spaczona Α i Ω
ja — przepaść
ja — otchłań
ja — czarna ściana
ja — zamazany początek
ja — niewiadomy koniec
ja — cenzurowana przeszłość
ja — ukryta przyszłość
ja — bezimienny
ja — nienazwany
ja — oddech kata
ja — zapach zaszczutej ofiary
ja — cień szarości
ja — kompozyt marności bytu
ja — światło istnienia
ja — pieśń przemijającego świata
ja — ukryty obserwator każdej sekundy istnienia
ja — ułomny demiurg silny kalekością
ja — dwukrotnie zmartwychwstały

 

Missa Lacrimosæ
 
Præludium
Długo trzeba słuchać, pytać by dociec prawdy. Stara to jak myśli człowieka prawda. Można żyć i umrzeć w jednej chwili, można umrzeć tak od niechcenia, można i skracać gorycz pitą przysłowiowymi czarami, można pozwalać by czas trwonił nas zżerając pamięć. Obarczając tę kartkę (której i tak nigdy nikt nie przeczyta) tym przydługim wstępem, nie pozbawiony próżnej nadziei, próbowałem się rozkręcić. Tyle uczuć przechodzi przez mój ośrodek myślowy zwany dalej mózgiem, rejestrujący ostatnio tylko Ją.
Moje pożółkłe palce co chwilę zbliżają się do wyschniętych ust, by zatrzymać suchotyczny bronchit, mój nic nie znaczący wizgowy szloch, wyznacza granice rachitycznego istnienia. Marzyłem przez wiele lat, by padło z czyichś wezbranych ust to słowo — słowo-klucz — umarł... Nie chciałem żyć... Z każdym dniem szukałem Jej, przyzywałem Ją... W tamtych czasach wydawało mi się, że jestem wielki, że Piszę... Udawałem, że Tworzę... Nie mogę zaśmiać się tylko dlatego, że kaszel rozerwałby mi płuca...
Lecz prysły wizje, a raczej przyszły nowe...

ego, infinitus...
Nie...
Ja?... Dlaczego?... Teraz?...
Ostrzeżenie?... Człowiek?... A ja?...
I trwać będzie wieki...
żyć życiem... męczy mnie TO...
widzę... mój świat... ziemski...
życie dostrzegam umęczone...
moje, a obce...
zawsze... czuję...
Dlaczego?... Nie!... muszę...

 

I. Kyrie eleison
I ujrzałem postać bez czucia, bez nosa i ust, uszu, maź spływała z oczodołów, cała twarz była mazią, całe ciało mazią, błysk olśnienia, TO JA: PIERWSZA POWŁOKA czytała księgę bez kształtu, napisaną językiem, którego nigdy nie widziałem. I rozumiałem słowa w księdze i było tam napisane: „nie ma doskonałości, to tylko ludzie ustalają jakieś kanony”, i było napisane: ”są ludzie, którzy tylko gniją”, i było tam: „kto żyje ten umiera, umrzecie prawdziwie” i było: „I grałem, a życie odchodziło, traciłem cenę, gubiłem sens, oddawałem CZAS pasji... I zrozumiałem, że grałem o swoje życie, i o siebie... ja, dlaczego taki słaby gracz walczy o mnie?...”. I głos w języku księgi: 7620. I korytarz, korytarz tysiąca zakrętów, na ścianach twarze, które otaczają, zacieśniają, zmuszają do przypomnienia. Ich głosy: ŚMIAŁEŚ SIĘ; to ci, których znałem, widziałem ich, wołali mnie. I jeden zarzut jak wyrok: ŚMIAŁEŚ SIĘ, ŚMIAŁEŚ SIĘ, WINA JEST TU, W TOBIE WRE. Znałem ich, ich problemy, uciechy, moje też, i płynąłem bardziej dryfem, z nimi, z wszystkimi i z nikim... Ciągle twarze, twarze, dużo twarzy, te twarze... Znały mnie i nienawidziły, usta ich zaklęte szepczą nieuchwytnie: WINNY, wibruje w głowie chaos, nieład i WINNY, który huczy... Jestem gladiatorem... kciuki wskazujące ziemię... Ujrzałem tych, których znam, twarze wokół, wołały mnie, mijając, krzyczą: WINNY, krzyczą, głowa jednocześnie rozpada się i łączy: O TAKE POLSKE WALCZYŁEŚ, krzyczą, a myśli lękliwie opuszczają resztę świadomości: CHCIAŁEŚ TEGO, krzyczą, a krzyk zabija resztę inności, odrębności, skazując na efekciarstwo, bezmyślność i kalekość, kalekość tego cennego wypracowanego przez wieki języka: CIESZYŁEŚ SIĘ Z TEGO, krzyczą, niszcząc moje jedyne usprawiedliwienie, mój pancerz i miecz, mój kontrargument — moją nieletniość: ET TU CONTRA POLONIA...

1. ... miserere nobis...
Nagle usłyszałem swój zamglony głos:
„ ... Pamiętam te dni szczęścia pozoru, pamiętam te, które budziły i pamiętam to, bezwstydne, prawdziwe wstydu i łez morze i rzeczywistej, zakłamanej, zachłannej, czarnej mafii światowego zasięgu i byłem ślepo-szczęśliwo-aktywny, a to mnie zdegradowało, poniżyło i truło. W moim nierządnym sumieniu widziałem kraj jego rodaków. Żyjącego boga ich. Już w każdym mieście honorowe obywatelstwo. Na każdej ulicy jego pomnik. Każda ulica jego pomnikiem, smugą jego imienia, w każdego z was wpisane jego imię, przesiąknięte inkwizycją i każdy z was żyje, oddycha, myśli jego imieniem. I widziałem szarą eminencję coraz bardziej czarną, wpisaną w czerń, purpurę i biel. Oni też pomnikami, ulicami. Oni z nim wszystkim. Uwolniłem się i żyłem oczekując katharsis, którego nie będzie.”

(extraordinem) ... et resurrexit tertia die...
... Przerywam spalony żarem wstydu, słowa więzną mi w gardle, zmieniając swój ton i barwę i przechodząc w szloch... W jednej chwili wszystko zaczyna wirować... Zamykam oczy, zmuszony nagłym błyskiem... Po chwili otwieram by stanąć twarzą w twarz z nowymi realiami... Nowy korytarz, a raczej ten sam, jedyna różnica to nowe, odmienne twarze — tych, których będę znał, wyglądają z płaskich, martwych ram, rozpoczęły destrukcję znajomego celu. TWOJE MYŚLI SĄ ŹRÓDŁEM ZŁA!, krzyczą. I znowu grzmią milionami płuc: WINNY! MYŚLI LABILNE! CHORĄGIEWKI! JESTEŚ ŚMIECIEM! GÓWNEM MACZANYM W CODZIENNOŚCI! Zatykam uszy, lecz grzmią jeszcze głośniej, wwiercają się w mózg, wgryzają się w świadomość. Uciekam, zbyt wolno. I patrzyłem nie widząc, światło wirowało nasiąkało ziemią, nie ujrzałem życia, zostałem odarty do kości i odbudowany w jednej chwili, zniszczono mnie, patrzyłem pustynnymi oczyma tak powierzchownie, apogeum bezmyślności otoczyło ten żyjący, realny sen, ten martwy wzrok prowadził mnie całe życie, szedłem błądząc, błądziłem nierzeczywiście, tak ludzko i ludzkie problemy otaczały mnie, nie widząc dalej i głębiej, żyłem, lecz cóż to za życie, chwilą zawodną, penetrującą najgłębsze tajniki i nieregularne schematy ukryte w moim labilnym ego. Ja, co to za słowo określające bezmiar zebrany w tym organizmie odosobnienia, przegrałem całe życie nie mogąc wyrzec się siebie. Tak niszczone systematycznie, centymetr po centymetrze łamane z olbrzymią siłą najmniejsze poczucie buntu, zalążek własnego alter ego, zmuszany do marnej egzystencji, bez smaku, bez wartości, żyć, aby żyć. NIE! Lepiej już nie żyć, męczy mnie to. I ogarnął mnie paraboliczny lęk przed życiem, nieznane odpycha przyciągając z niezmierną siłą i mimo mej głupoty próbuje wciągnąć mnie na wyższy szczebel myśli i rozumu — świadomej myśli i uporządkowanego rozumu. Nie było mi to dane, szukam zawsze nowego, poprzez zatopienie w archaizmie. Zdobyłem nową Ziemię, nowe życie, nowe doświadczenia, lęki, bóle, śmierci; jedyne co uzyskałem i straciłem to 37,18 km w 11,1 h, o 566 % więcej; nigdy taki nie byłem, tak tylko postrzegano mnie, wbrew sobie, naprawdę płynęli falą, prądem ścinali z nóg, pozwolili być samotnym — niechęć życia, sztucznie ratowani dla męki, ujrzałem ich nie istnieli, rozwieszeni na pajęczynie w czasoprzestrzeni, przerwie międzywięźlanymicznoczasonietrwałotermicznomierni- czej oddałości niszczejącej w naszej chorej psychice, dbałością plującą nam pod stopy, bo nie posiadającej odwagi w twarz, pozwalającej gubić nam pozostałości własnej, nieistniejącej godności; wciąż jesteśmy trwonieni pustym śmiechem. Wyssany, uzyskałem przeświadczenie zbędności, zanurzyłem chciwe ręce szukając ukojenia, chwyciłem... ciemność...

2. ... propter magnam gloriam Tuam...
I widziałem tamtego... Zamknął się w sobie, obsunął na dno tej swojej przepaści... Zasłuchał w te swoje urojone, graso-haszowe muzyki i śpiewy... Makabryczne Wizje... Masa krytyczna... Krwawobrązowe rozbryzgi — ornamenty ścienne, zastygłość ruchu... 3 prędkość kosmiczna... Ostatnie przekleństwo świata... Apokaliptyczne marzenia... Spojrzenia przesiąknięte okrucieństwem... Kalekie szepty... Krzywdzące oddechy... Samogwałt... Ubrany zawsze żałobnie, zawsze przygnębiony, ze szklanymi oczyma, zamglonym spojrzeniem, bruzdami wzdłuż nosa, z urywanym oddechem, złamanym, zalęknionym, bezgłośnym, bezbarwnym głosem, ukrywającym porywy Dawnych Dni. Usłyszałem nagle ten szept:
„Dawne Dni, dni, w których szczęście było o krok... Na odległość ręki, tylko wyciągnąć i brać... Nie miałem siły, brakowało oddechu... Zawsze istniał mur... Nie mogłem go przebić... Szukałem innej drogi... To było jak poruszanie się w przezroczystym labiryncie — widząc cel błądziłem... Zawsze mur... Wielokrotnie próbowali mi wmówić, że Tam nic nie ma... Wielokrotnie powracałem do poszukiwań, wiedząc, że to istnieje. Może we mnie... Może poza mną... Szukałem... Badałem... Dociekałem... Łzy istniejące wcześniej, wyżłobiły koryto, nieustannie pogłębiane... Ból pulsował gdzieś tam w środku, bawił się mną... Mdlałem i wstawałem. Mdlałem, upadałem na twarz, powracał, wstawałem. Tak bez końca... Pogłębiał się, wypalał od środka, spopielał mnie, rozrywał. Nie mogłem oddychać, myślałem tylko o Niej... Myślę tylko o Niej, wkrótce przyjdzie... Na szczęście... Miałem tylko jeden cel: Ty... Ty bólem, żalem, łzami, oddechem, a właściwie to jego brakiem. Ty zawsze odrzucałaś, odwracałaś się i znikałaś... Zostawał tylko welon łez, poświata szlochu... Byłaś moim sumieniem, moją myślą... Jesteś wszystkim... Nie chciałaś pamiętać, marzyłaś o zapomnieniu, przeszkadzałem Tobie... Zdobywałem nowe stopnie Schodów tzw. Poznania, ciągle nie mogąc zobaczyć Szczytu, tylko dla Ciebie... Byś nie myślała o mnie: idiota... Daremnie... W Twoich oczach pozostawałem śmieciem, przez innych uważany za geniusza... Po co to znowu wspominam...”
Przerywa, wciąga głośno haust powietrza, z jego piersi wyrywa się głośny szloch, jego gardło łkaniem... Nagle zrywa się zdecydowany mówić dalej:
„Powstałem z ziemi, urodziłem się w wodzie i z nią wypłynąłem na świat... Pan wód moim zodiakiem, jeśli to ma jakieś znaczenie... Od najmłodszych lat byłem typem wędrowca i poszukiwacza szczęścia. Moim towarzyszem i jedynym przyjacielem był wiatr... Wędrowałem pustymi ulicami, ścieżkami, bezdrożami... Poszukiwałem celu... Poszukiwałem imienia... Znalazłem je: Wiecznie Wędrujący... Pojawił się nowy towarzysz, mój wróg i moja miłość — ogień. Spalał mnie... Niszczył marzenia... Próbowałem uciec — zawsze doganiał, chwytał i powalał... Zabijał nadzieję... Zabierał cel... Niech po śmierci weźmie moje ciało, pozostałości zapoznajcie z ziemią, czy to śmietnik, czy pył drogi... Splatają się we mnie żywioły bo jestem piątym, ostatnim jeźdźcem apokalipsy, demiurgiem ostatniej epoki — Epoki Końca... Patrzących w moje oblicze spala jego boskość, owiewa wicher niepewności, zalewa morze milczenia, zasypuje pustynia wstydu i wasze myśli stają się czytelne, lęki się urzeczywistniają, marzenia giną, miłości wypalają, radości zatracają, żale i bóle pogłębiają... Jestem wcieleniem zła, przyjdę wtopię wasze myśli w czas zagłady, staniecie się marnością tego świata, będziecie szukać Jej, do której już mnie doprowadzaliście, bo Ona jest jedynym realnym marzeniem... Kiedyś poszukiwałem kłamstw... Dziś szukam prawdy... Szukałem nowego imienia i znalazłem je... Pobłądziłem i zdobyłem imię wśród ludzi, tytułowali mnie Przeklętym, a przekleństwo trwało, wszyscy odeszli, wszystko mi odebrano, ścigało i ściga mnie, każdego, kto mnie spotka, dopada, wszystko wokół mnie umiera. Z moim przyjściem wygasa nadzieja. Szukałem kolejnej nazwy: Wiecznie Odrzucony... Lecz oni trwożnie dobierali inne słowa, bardziej prawdziwe: Wieczne Cierpienie lub Czarne Zniszczenie... Uciekałem od nich, od życia, zmuszali... Wiecznie wędrowałem... Nadali mi także inne imiona: Samotność, Burzyciel Szczęścia, Likwidator Radości... Każdy nazywał mnie inaczej... Dawali mi tylko jedno uczucie — nienawiść. Nawet nazywali mnie Czarnym Nieprzyjacielem... Długo i niepewnie szukałem nowego imienia:
— Bo jeśli to prawda... Bo jeśli oni mają rację... Bo może taki jestem...
— Nie, to nie tak...
— Bo...
— Nie... Chyba nie...
— Tak
— Nie, to, chyba, niemożliwe...
Długie lata poszukiwałem potwierdzenia lub zaprzeczenia tez... Nie znalazłem, a raczej znalazłem ich za wiele, równej wartości... Uznałem, że przegrałem i nadałem sobie ostatnie miano: Skrzywdzony, bo tyle razy mnie krzywdzili, że daremne stało się poszukiwanie...
Mimo to szukałem dalej...
Daremnie...
Nigdy nie było sensu, teraz nie ma celu...
Żegnajcie”
Wyciągasz pięść, z której wystaje lśniący przyjaciel. Ręką zataczasz łuk, który kończy się w piersi... Padasz u moich stóp...

 

II. Gloria
Nagle pustka, a raczej obecność powodująca lęk. Podniosłem nieśmiało oczy. I ujrzałem postać bez wyglądu, żyła martwotą, emanując ją... Siedziała przy wielkim stole, w całości zastawionym butelkami i pogniecionymi paczkami po papierosach, nagle wstała, w jednej ręce trzymając butelkę z piwem, w palcach drugiej papierosa. Zza dymu niezbyt widoczna, przeszła do przodu, stając przede mną struła oddechem, odsuwając inne myśli zwróciła ku samotności płytkiej, pozornej, stworzonej jakby dla faktu. Poznałem wreszcie!... DRUGA POWŁOKA... W chwili olśnienia ciemność otoczyła i zaczęły wyłaniać się nowe twarze — twarze ludzi, których nie znałem, otoczyły mnie krzycząc: PRZYZIEMNY ROBAKU! MYŚLAŁEŚ O SOBIE!... Myśli uciekają nie chcąc bronić... Usta wygięte pozwalają tylko na przyznanie im racji... Poświadczenie winy... I wiedziałem, że to prawda... Czułem się winny... Lecz mimo to, a może właśnie dlatego, pobiegłem dalej... I znowu Oni: Ci, których nie znam, budują tło, nim nie będąc... Wciskają się w moją percepcję, zmuszając do słuchania: DLACZEGO ŻYJESZ? Usta poruszone, wbrew mej woli, odpowiadają: „Próbowałem odejść... Czasem brakowało szczęścia... Czasem odwagi... Tak... Próbowałem... Marzyłem tylko o tym... Marzę... Dlaczego nie mogę?... Próbowałem... Nie wiem... Próbowałem...” JESTEŚ ZBYT SŁABY! ZAWSZE BYŁEŚ MIERNY! CIENIEM NORMALNOŚCI! Moje usta sparaliżowane... Nie obronią mnie... Decyduję się na to co zwykle... Za zakrętem czekają już na mnie Ci, których nie będę znał... Słyszę ich głosy: TWOJE ŻYCIE JEST NICZYM JAK TY! I tylko w głowie: „Próbowałem...” ILU PRZEZ CIEBIE CIERPIAŁO! „Próbowałem...” TYLKO SIĘ BAWIŁEŚ! „Próbowałem...” Zwracają ku szaleństwu... Już nie mogę wytrzymać... Aaaaa... Skończyło się...

3. Quem Dii diligunt, adolescens moritur.
Ujrzałem Ciebie stojącego nad przepaścią... Już z daleka dobiegły mnie Twoje słowa — rachunek:
„Jestem sam... Zawsze... Spoglądam w tył... Byli niedaleko... Stopniowo odchodzili, widząc żałosnego śmiecia... Ufałem, naiwnie marząc o szczęściu... Nie tylko im, zresztą... Ośmieszyli, odkrywając... Ach... Nieważne... Zawsze widziałem jedno pytanie nie dające złapać oddechu, na które nie znajdowałem odpowiedzi: jakie jest to imię, dla którego przemija nasze życie, a wszystkie czyny obracają się przeciw czyniącym... Spoglądam szukając bliskości... Próżne złudzenia prymitywniaka... Myślącego tylko o sobie... Widzącego tylko siebie... Sobą żyjącego... Myśląc o miłości zawsze widziałem Ciebie... Tyle bólu zaznałaś przeze mnie... Tyle łez... ja też... To moja wina... Idiota musiał się zakochać... To przecież miała być przyjaźń... Najpiękniejsza... Czysta jak łza, która spływa spod Twoich powiek... Wszystko musiałem zniszczyć... Byłaś tak delikatna... Cierpiałaś nie wiedząc, jak mi powiedzieć, że jestem głupim gnojem... Fałszywą świnią, niewartą zaufania... Zmuszona odrzuciłaś płaczem... Chciałaś przyjaźni, zawsze wyrozumiała... Ach... Aaa... Dość... Spoglądam w teraz... Widzę tylko Ciebie... Jaśniejesz boginią lekką... U Twych stóp róże... Ich kolce... Moje problemy... Twoje płaczące stopy... Serce... Jak moje... Ty i tylko Ty... I nic więcej... I nic dalej... Tam czerń i ściana... I Ona... I kremacja z oparami marihuany... I popioły wysypane do ścieku... W kurz ulicy... Albo do śmieci... Bo to ja... I nic... Brak pamięci... Wzruszeń... I łez... Bez plączących się myśli... Nikogo Tam nie będzie... mnie też... Gdybyś jednak czuła coś na kształt smutku po mnie... Cha, cha... No, czyż to możliwe... Ale cóż... Wtedy wspomnij moje chamstwo, głupotę i śmieszność... Moje dziwactwo... Powiedz sobie... No cóż... Powiedz sobie wtedy... «Nie był warty życia»... I będziesz mieć rację... Nigdy mnie tu nie było... ONA... Ach ONA... Izomer radości nadchodzi... Tak wolno się skrada... Chce zmusić mnie do prośby... Jej śpiew... Dzwony w mojej głowie... Płaczu nie będzie... Ukołyszą mnie... Jej dłonie ukażą mi drogę... Poprowadzi mnie... ONA... Jedynym marzeniem... Ulotnym westchnieniem... Ostatnim spojrzeniem... ONA mną... ja Nią... Spleciony w końca blasku... Tymczasem to tylko mój... Wasz później... Niedługo... Jeszcze nie teraz... Już zniknąłem... Prośba została wysłuchana... Żegnajcie...”
... Nagle brutalnie postąpiłeś naprzód wybiegając jej na spotkanie... Uświadomiłem sobie jak bardzo byłeś mi bliski... Żegnaj bracie!...

 

III. Credo
... Ziemia zadygotała i zatrzęsła mną... Upadłem na twarz, gdy powstałem sceneria była odmienna... On tam spogląda na mnie jak na obiekt do malowania. Postawił parę kresek, machnął dwa razy... Spojrzał... Zmarszczył brwi, domalował kreskę. Pokracznie wygiął usta w quasiuśmiechu. Jest żywy. Parszywa świnia, obrzydliwa, obleśna twarz, zwał tłuszczu; podszedł bliżej. Spojrzałem w jego twarz, twarz jego nieznajomo znajoma uśmiecha się goryczą, odpycha przyciągając, piękna brzydotą, wiecznie kona, żyje dogorywem, niepotrzebna, zapomniana, witana niechęcią obrzydliwie gruba morda wpatrzona w urojone dobro, naiwna, spaczona, zrowiona łzami nieobeschłymi — targana, szargana; czuję jak się rozpada, cały się rozpadam, ginę, ból, aaa... Zrozumiałem. Tak musiało być... TRZECIA POWŁOKA. Napawając się zrozumieniem znikła, a z nią jej świat. Błysk światła z nieokreślonej strony roztańczył się w tle. Oślepiając z każdej strony, bawił się moim zdziwieniem. Usłyszałem głos, dochodził z każdej strony, nie umiałem go zogniskować: TWÓJ WYGLĄD! Miałem dobry dzień na pojmowanie: „Wiem to ja” Poczułem ból, pogłębiał się odbierając wolność pozostałym myślom, tracąc wszystko uświadomiłem sobie, że mam dosyć wszystkiego, z życiem na czele. Przypomniałem sobie. Tak! Wiele razy to czułem, czując — chciałem odejść... Palące spływają po twarzy, żłobiąc i wypalając nowe imię. Ręce zaczęły drżeć, dziwiąc się drganiu, rozdrgane w sobie, niewiadome, niepozornie błagając o spokój, dobroć bez litości, miłość i takie tam... Drugi głos wyrwał mnie z tego raju ascety: KOCHAŁEŚ? „Nie wiem... Pewnie nie... Na pewno nie! Jestem pozbawionym uczuć kastratem emocjonalnym. Nigdy się nie wzruszam. Nie umiem niczego przeżyć!” Już rozumiem, oba głosy są z wewnątrz. Wszystko mnie atakuje... WINNY „Nigdy nie...” KONIEC! JESTEŚ WINNY! Ponownie opuszczam głowę, teraz już drżę całym ciałem. Oligarchia rąk i nóg zmaga się z dominatem głowy, tylko tułów dywersyjnie stoi z boku. Jednak nagle wszystko wraca do normy nienormalnej, nadchodzi drżące, lękliwe ukojenie z braku lepszego celu.

4. ... qui creavit mundi et mihi...
Pamiętam tamten świt mroku, żałością gnany, poranek dnia rozpoczął się pełnią głosu okrojonego. I pamiętam serce ściśnięte by nie czuć, pod powiekami mokro, twarz tonie, agonalny szloch spod ściśniętych zębów, wytoczył pełnię świateł czarnych, siność obleczona zimnem i czernią w bladomgłym świetle, słyszałem głos rozkładu, brzmiał tak dziwnie głucho wewnątrz:
„Żegnaj! Chciałbyś usłyszeć: przyjacielu... Niestety jesteś skazany na niepodzielność. Wiem to boli, ale całe życie też, a będzie jeszcze gorzej. Pomyśl: zmarnowałeś tyle lat na miernotę, zaprzedałeś się «pisarstwu». Już nic nie powiem. I ty tak kiedyś zrobisz, uznasz, że tak najlepiej — samotnie — można pokierować swoim czasem, wybrać tę porę... To jest ciekawe, a i tak, chyba, nie masz wyjścia. Bez uczuć. Bez nikogo. Chyba, że zrównasz się ze mną i będziesz mistrzem. Wtedy twój uczeń też cię odprowadzi, tak jak ty mnie. Obrządek jest niepotrzebny, Ze cię pokropią? Co z tego? Zresztą ty i tak daleko, peryferyjnie. Muzyka gra... Nie słyszysz... W ludziach... W tobie... W świecie... Wszędzie... Dobieraj tylko dźwięki dobre, bez tych zrywów niepotrzebności... Z przekonaniem poderwij myśli do czynu... UMRZYJ! To takie inne, zaskakujące, nieprzewidywalne... A zresztą, rób, co chcesz, nie będę cię namawiał... Żegnaj... A teraz odejdź...”
Uciekałem, słysząc tylko jego śmiech... Przejmujący, na pograniczu wizgu... Wielokrotnie później słyszałem ten jego śmiech... Nie dawał żyć... Jemu nie dał... Dyszałem resztą sił, słysząc to, co można słyszeć. Cisza odurzyła mnie, sprawiła radość tragizmu, rozśmieszyła nieczułych, którym już nic nie pomoże...

 

IV. Sanctus
... Czując to, co można czuć, już widziałem koniec, którego nie było, dotykając to, co można dotknąć i nie można, zostałem wessany od wewnątrz, do środka. Zacząłem ginąć za życia, smakując to, co można smakować; obcinali moje loty, nakierowując w kierat konwencji, kazali pełzać, liżąc to, co można lizać: bezmyślność, trochę życia, łaski i zaufania niepewnego. I trzask. Próbowałem chwycić pozazmysłowo i przyciągnąć ku sobie. Błysk. Grzmot. Wstrząs. Paranoiczny lęk przed parabolą. I zostały przekroczone granice. Ujrzałem czterech jeźdźców czarnych. Stanęli w punkcie przecięcia się ich trajektorii i rozjechali się w cztery strony. I ujrzałem, jak spod kopyt wyprysła wyspa. I wyniosło ten skrawek samotności ruchem wzdłużnym w górę. Uniosło. Ponad ziemię. Kilka metrów. I zawisł w powietrzu ciężkim, ciężko dysząc, roztrzęsiony, zalękły widokiem udzielonym. I z wyrwy wystrzeliła tęcza, oplatając wyspę. I z nieba uciekły dwie błyskawice, uderzeniem budząc fontanny. Z przepaści wyskoczyła szczelina, biegnąc ku moim nogom. Uciekałem od tego. I ziemia popękała dotknięta świętokradztwem moich stóp. Podłużne, czarne, wąskie, długie przepaście oddzielają od świata. Szary dym unosi się z nich. Buchnął ogień. długie pasy ognia po horyzont. Płomienna dolina. Gorąco... Ufff... Pić... Pić... Pić... Ufff... Pali... Aaaaa... Krople. Tysiące. Miliony małych kropel oziębiają tę rozpaloną przestrzeń życia. Wiatry inne. Dziwne, zimne. Lód. Śnieg. Grad. Zamarzam... I ziemia popękała dotknięta świętokradczymi rękoma i ciałem. Zimno... Wszystko zaczęło wirować coraz szybciej. Coraz zimniej... I ogień dalej płonął. I rozpętała się burza. Sztorm wszech czasów. Wiruje coraz mocniej. Szybciej. Przestało i coraz prędzej. Już nie wiem, co się kręci. Zduszony czteroma żywiołami, jestem nieżywy, nieczuły. Martwy. Ogromne, monstrualne bezciała, mijają mnie, tę centralistyczną, zwojową układankę. Jeźdźcy pognali w dal. I ujrzałem czarnego jeźdźca pierwszego, przejeżdżając spalił, spopielił mnie wewnątrz, razem z ciałem. Ciało odrodziło się zniewolone. Ujrzałem czarnego jeźdźca drugiego, zniszczył moje sny, marzenia, pragnienia unieistotnił, zatapiając je, zmusił do zalania się łzami, pozbawił celu życia. I widziałem czarnego jeźdźca trzeciego, mijając lekko pozbawił mnie myśli, rozwiewając je, odebrał radość, każąc żyć, dał przyjemność bezmyślności. I zobaczyłem czarnego jeźdźca czwartego, objeżdżając, brutalnie roztrząsnął pozostałość mojej misji, mojej powinności. Ziemia wzruszona pęka. Jeźdźcy zawracają szarżując na jedyny realny punkt apokalipsy. Mnie. Skąpany w lęku odwracam się i zrywam do biegu. I biegłem, w tym biegu martwoty, pod biegłym przyklaskiem, pozując martwym uśmiechem, topionym w smutku butelce, w łzawym szóstym świecie innych wymiarów, zagubionych kolorów, gnijącej wody, chemicznych wzlotów, rozbrajających nieporadnością niepozorną, przy skrzyżowaniu z krzywym widzeniem minut paraliżu, zagubionych w mroku, uciekających w blasku słońca, znikających w nurcie czasu. Porywał, wulgarnie zabijając odczucie, osnutego prawdą, zgonu, oślepiającego wczorajszym echem, odbiciem od Tamtych Dni... Niezauważalnie spłynęło odkupienie i pojawił się on i jego świat, który wirował, a wokoło niego, jego muzyka, którą można wyczuć, przyspiesza, zamykając go w tym wyimaginowanym świecie własnej doskonałości, pozorem kładącej cień na następnych dniach, których nie będzie. Szara jego twarz wciśnięta w tłumy, wciśnięta w społeczeństwo, idealnie się wkomponowywała. Nucąc coś lustrował mnie wzrokiem, krzywiąc się z niesmakiem, splunął, sięgnął po teczkę z napisem: CZERWONA AGENTURA, ŻYDO-KOMUNO-MASONERIA, CYKLISTA, KGB. Ujrzałem swoje nazwisko podkreślone (znaczy niebezpieczny, popierał i wspomagał do ostatka, funkcje kierownicze, delegat na ostatni zjazd), mimo, iż w chwili upadku, miałem, chyba, z dziesięć lat. Wpisał WINNY. Świat zawirował i zatrzymał się. Ponownie zrozumiałem: CZWARTA POWŁOKA. I znowu pustka. I usłyszałem głos, powodował lęk, zapowiedź życia w sobie niósł, poczułem wprost paniczny strach: CZYM CHCESZ BYĆ? Moje bezwolne usta odpowiedziały: „NICZYM NIE BĘDĘ, WSZYSTKO, CO ROBIŁEM I ROBIĘ, ROZPŁYWA SIĘ W BURZY ZŁYCH ŻYCZEŃ I NIEUDACZNICTWA, NIEUDOLNOŚCI, ŚMIESZNOŚCI, QUASITRAGIZMU, NIEŚMIAŁOŚCI, UDAWANIA LEPSZEGO, PRÓB TWORZENIA, GŁUPOTY, ODMIENNOŚCI... PRZEGRAŁEM CAŁE ŻYCIE”... Nagle uderzył, tępy, jak obuch, ból i upadłem jak martwy. Nie wiem, ile czasu leżałem. Sceneria się zmieniła...

5. ... qui tollis peccata mundi...
... I ujrzałem twoją twarz, człowieku przepełniony, przepromieniony innością, ciało twoje odinnione, myśli zakrzepłym, oschłym odpadem świadomości, krew echem dawnej ekstazy, doprowadzony nad przepaść doskonałości względnej, kwestionowanej własnym oddechem, ogrzanej myślą odejścia, zatrutej pozwoleniem odmienności, żądaniem śmierci, nie masz pozwolenia by móc skupić się nad jej pięknem. Samotny kontemplatorze ostatniego westchnienia naszej ery, ery martwoty i tylko gdzieś tam brak pozorny, jakby dla ciebie, jakby dla Niej, tak tylko złudnie. Zakrytymi oczyma posiadłeś zdolność, doskonałość wymierzoną w siebie, raniącą przy najmniejszej próbie oporu, życia, braku wyobraźni, rutyny, śmiechu, ona rozrywa bezduszne powietrze, niszcząc każdy ślad umiejętności. Koło zawróciło miażdżąc resztę logiki, przetwarza wszystko ponownie przyspieszając, doprawia na ostro by strawić szybciej, poruszone kręci się szaleńczo, wisielczym śmiechem chce doprowadzić do wstydu, pędzi mieląc wszystkie myśli, zwraca ku Niej; to zawsze uderza w psychę pozostałością łapaną w puste ręce, pokryte myślami o Niej, wyżłobione tylko pustymi gestami, Ona tylko myślą jednak tam zawsze wołasz przełykając ślinę, nie możesz słuchać. Zawsze gaszony, tłamszony poszukujesz jednak Jej obecności. Po raz kolejny odrzucony, brnąc w załamaniu, odważasz się spojrzeć Jej w oczy, to boli, wyrzuty, one towarzyszą tobie, nie mogąc cię zniszczyć, opanowują cię i przymuszają do milczenia, wytopione w braku odwagi, promieniują nieśmiałością powodując nieważność własnych myśli. Wymyślony na potrzeby życia, w braku celu, oczekujesz już tylko swego końca. Niestety, jest on zarezerwowany dla żyjących — dla tych, którzy chcą żyć. Słuchasz niespokojnie, oni wołają. Zmuszony idziesz wewnętrznie, rozkazano ci mówić. Ty milcząc oddychasz, każdy twój oddech zdradza słowa. Twój głos urywany, nieskładny, przesiąknięty cierpieniem:
„... Dlaczego budzę się z zakrzepniętym okrzykiem na ustach, widzę tylko Ciebie, Twoje imię dudni w mych myślach, oddycham tylko Tobą, za każdym zakrętem, w każdym oknie Ty, przeklinasz moje imię, machasz chustką, ale ja pokonany dogorywam całymi latami, laury jego. Oszustwo! To na nic, zwycięzca zabrał wszystko, moje idee, moją miłość, moje marzenia, pozostałem takim, jakim mnie można ujrzeć — czysta fizyczność: wrakiem, wyzbytym siebie. Tyle razy widziałem Cię, rozmawiałem z Tobą, zawsze niepewny, pełen urojeń, wyobrażeń, tłumaczący wszystko na swoją korzyść, wpisany w poczet nudnych zabawiaczy, naiwniaków, poszukiwaczy każdego tchnienia, każdego uśmiechu, każdego słowa, bez pozwolenia awansu, pozostawiony w roli podprzyjaciela, z rzadka, niepotrzebnie karmionego dobrym słowem, marnym gestem, bez wysiłku, ot tak, od niechcenia zrzucony na kolana, jak żebrak, żebrak uczuć, ostatni spośród ostatnich, niewarty spojrzenia nawet, szczytem marzeń myśl, obrzydliwą świnią w Twoich oczach, debilem beznadziejnie pozbawionym myśli, słów zacieranych przez lęk, beznadziejnie tchórzliwy, pozbawiony poczucia czasu, humoru, zamknięty w marzeniach, trudnych do wyobrażenia nawet w romantyzmie, quasiPlaton straszy samą bliskością, szokuje w spojrzeniu z wpisanym dekadenckim lękiem przyszłości, prowokuje pytania, najgorsze te egzystencjaty, odrywa od nich zabronioną perwerą w zimnych dłoniach, szybko cofanych razem z ciałem. Ja tu ze wzrokiem na butach, Ty tam o wzroku oplatającym stopy. Godziny płyną wokół. A Ty i ja jak rzeźby i było mnie (Tobie może też) dobrze. Takiego życia pragnąłem, jednak nie zasłużyłem sobie, nie byłem potrzebny — odpowiedni. W końcu byłem tylko nikim, jednak w swoich marzeniach ośmielałem się marzyć, wyobrażać sobie, ofiarować serce Tobie. Ty taka mądra, piękna, Ty idealna, taka delikatna, potrafiłaś zranić jak nikt, spowodować utratę chęci życia dwukrotnie odtrąconego. Tyle razy płakałem, aż do bólu, bólu fizycznego, bólu mięśni brzucha, bałem się odetchnąć, a wzdychałem jeszcze mocniej, płakałem silniej, bez końca, wołałem w braku głosu. Tyle razy mówiłem kocham w mojej obecności. Tyle razy błądziłem, wiedząc, że dobrze idę. Tyle razy wzywałem Cię, wypowiadałem Twe imię. Tyle razy chciałem skończyć ze sobą, odechciewało się żyć, nienawidziłem życia, tylko, że... nie chciałem powodować ewentualnego bólu, łez, niepewnej domyślności... Chociaż, kto by się wzruszył, kto by wiedział, kto by wspomniał, kto by zauważył... serce przestające kochać równomiernie z końcem. I zapragnąłem biegu. Chciałem biec, zerwać się do biegu, zerwać te pęta, zniszczyć przynależność do genusu homo sapiens, lecz znów zniszczono podstawy mojej egzystencji, rozbito mój cel, rozproszono moje myśli. Jednak powracałem jeszcze pewniejszy swoich uczuć, silniejszy w swoim celu... Te powtórki... Po raz kolejny złamany bezideowo, powracałem by mnie pokonano. Dlaczego...?”
Przerywasz płacząc, każda twa łza zdolna zabić. Z każdą łzą bledniesz, tracisz oddech. Rozszalała ulewa twoich oczu, stawia mur. Odgrodzony od świata przenikasz myśli obracając je. Wstajesz zdecydowany pomóc sobie, przerwać ten taśmociąg klęsk i cierpień; przecież ten punkt, w którym przecinają się wynikowe części ciebie, jest punktem krytycznym, już nawet nie potrzeba kroku, trzeba się tylko poruszyć, a na to brak ci sił. Nagle, porwany resztą odwagi, krzyczysz:
„Ja nagłym smagany wichrem, plączę się w burzy moich słów, która wzmaga mą niewyraźność, w deszczu tych co tylko są. Oni tylko widzą, tylko słyszą. Ślepi, głusi zamykają, niszczą siebie w sobie...”
Nagle padasz na kolana, bełkocząc coś. Rozkładasz ręce i padasz na twarz. Martwy...

 

V. Agnus Dei
... Nagle przychodzi bolesna świadomość ja także byłem człowiekiem z tych ludzi. I byłem tam. Ujrzałem go, siedział z długopisem w dłoni, pochylony nad zeszytem, pisał, co chwilę wznosząc głowę i z politowaniem patrząc w biel papieru, próbował skupić się... Daremnie... Jego smukła twarz, która zostałaby sklasyfikowana jako kanon piękna i jedynie widoczne oczy wyrażały wewnętrzny niepokój i własny świat przeżyć. PIĄTA POWŁOKA. I zjednoczył się w głowie z następną postacią — ecce ego. NIGDY NIE BYŁEŚ ZMYSŁOWY, GDZIE TWA NAMIĘTNOŚĆ. Milczałem, a wszystkie mięśnie drgały, w coraz silniejszym, dotychczas zasklepionym krzyku. I płacz, gdy nadziei koniec. Porywa wstrząsa, rozrywając odbiera resztę sił. Wszystko drgało, pękało, zapadało się. Pozostałem sam, zdecydowany odejść, ulecieć jak motyl o świcie, bez odwagi na spojrzenie w twarz nowemu życiu, na kolejną próbę sił z dniem, odchodząc wołam do was znad przepaści ostatnim oddechem samotności.

6. ... quis talia fando temperet a lacrimis?
(the downfall of infinitus)
„Zawsze unikałem ich, nawet wtedy, gdy chcieli być blisko... Ci, koło których ja chciałem być blisko, unikali mnie... Bo jestem tylko starym, przeżartym, złym człowiekiem, który potrafi się tylko chwalić... Nic nie potrafię i niczego nie wiem... Tylko grałem będąc quasidoskonałym demiurgiem... Patrząc na to z perspektywy „dziś” dostrzegam własną słabość i niespójność... Tyle lat sam siebie oszukiwałem, tyle lat poszukiwałem sensu... Wielokrotnie próbowali mnie uświadomić, że gdziekolwiek bym nie szukał, nic nie znajdę... Wielokrotnie powracałem do poszukiwań, wierząc, że jednak musi być po co żyć, że istnieje... Może we mnie... Może poza mną... Szukałem, badałem, dociekałem... Nie znalazłem... Jestem nikim, potrafię tylko stwarzać wokół siebie pustą otoczkę quasigeniuszu... Jestem stworzony do porażek... Pomimo jednak własnej ułomności, udawało mi się zdobyć chwile quasiprzewagi i zdobyć się na quasi namiastkę sukcesu, lecz tylko po to, by wkrótce później (w chwili zapomnienia) spaść w najgłębszą przepaść porażki (chwile opamiętania — pamiętne)... Czarny rycerz i przewodnik twoich najkoszmarniejszych snów jest, mimo swej śmieszności, skazany na życie... Już wiem, że to, co było celem kilku ostatnich lat, jest nierealne — podstawą przepisy — one, tak jak ludzie, są przeciwko mnie... Dwoje jest tylko wrogów człowieka: ludzie i on sam — jego umysł... Ja — bydlę, ja — potwór, w którym okruch człowieczeństwa ostatni wykruszył się, każdej nocy szlochałem czystym, dziewiczym płaczem, każda noc — wielkim poszukiwaniem, wielkim rozczarowaniem — to znowu ja, to TYLKO ja — najmarniejszy odprysk żałości odbitej w jakiejś, zbyt jaskrawej, a jednak pożółkłej i w pył rozbitej szybie, wystającej z jakiejś zrudziałej rdzą, metalowej, siermiężnej ramy... Tylu ludzi, których kiedyś skrzywdziłem, oni przeklinają mnie... Ich przekleństwa zawsze mi towarzyszą... Powoli, bym nie za szybko utracił nadzieję (ona zresztą, co już zostało kiedyś, dawno temu, powiedziane, umiera ostatnia), przychodzą porażki i tylko kilka słów, tylko te słowa, jak refren, jak przekleństwo, jak predestynacja:

the song of my life
niczego nie warto chcieć
niczego nie warto mieć
i tak wszystko zabiorą
już nic nie warto robić
resztę życia z dna dopić
tu nawet cel odbiorą
a priori pokonany
i z radości wyprany
tak fałszywie wzruszony
z marzeń zbyt złych odarty
mój charakter zatarty
znów iść dalej zmuszony
I tylko ten, jakże prymitywny, tekst szturmuje i zdobywa kolejne pozycje w mózgu i niszczy je... Mam tego wszystkiego dosyć, kurwa, który raz to mówię... Który raz to przeżywam... Wszystko przeciwko mnie... Wszystko chce mnie zmusić do zdeptania ideałów... Chyba, a raczej na pewno, nie warto dłużej się męczyć, tylko ten okrutny brak sił... Zniewolenie quasiumysłu jakąś pierdoloną idee fixe, tylko po to, by za chwilę otrzymać cios jeszcze bardziej bolesny... Zbyt celny...”

Confirmatio
(... dona nobis pacem...)
... Noc była z tych płaczących... Ciemne podłużne kształty chmur zaanektowały tę odrobinę jasności zgasłą na mych wyblakłych wargach, wygiętych w ironicznym uśmiechu bólu i niesmaku... Wydęte wypuściły kolejną porcję dymu... Jednostajny stuk... Metaliczne zimno przylega do ciała... Dreszcz... Nieprzytomnie patrzę w okno... Jestem sam... Ciemność... Flesz... Ciemność... Cisza... Huk... Cisza...
03.98-12.99