OmnipotentiaS MorganuS

 

Impressio cum Angelo (La cierva dorada)

IV

W następujących tygodniach napisała do mnie raz i drugi – na adres domowy – jeszcze w listopadzie, o ile pierwszy list mimo pewnej dozy smutku, emanował nadzieją, o tyle drugi był całkiem przygnębiający – uznałem, że z powodu odległości nas dzielącej. Z kolei w grudniu już się nie odezwała, za to zadzwoniła, choć dopiero po świętach, 27 XII – akurat w dzień, w którym zjechałem na jakieś 24 h do rodziny.
Gdy usłyszałem Jej zrozpaczony i tonący we łzach, przyduszony głos, wymawiający moje imię, zrozumiałem, że stało się coś strasznego. Po chwili przerwy jeszcze bardziej zbolałym głosem powiedziała:
— Wybacz mi moje milczenie, ale nie chciałam Cię bez powodu niepokoić, wystarczyło, że ja od przeszło miesiąca byłam strzępkiem nerwów. Od wtedy byłam niemal pewna, a dziś się dowiedziałam, że rzeczywiście jest tak, jak podejrzewałam... Ja... ja... ja...
Parę razy spazmatycznie zaczerpnęła powietrze, po czym rozpłakała się. Poczułem, że narasta mi w gardle wielka kula. Mimo, iż od lat się nie modliłem ani nie zwracałem do Boga, w myślach zacząłem ze wszystkich sił prosić i zaklinać, by to o czym pomyślałem okazało się nieprawdą, a Jej histeria wynikała tylko z braku możliwości wcześniejszego powrotu. Z bijącym sercem, gonitwą myśli, drżącymi rękoma – do tego stopnia, że aż nie potrafiłem odpalić papierosa – wyciągnąwszy go z ust, ze ściśniętego gardła sparaliżowanymi wargami wyrzuciłem z siebie w nerwowym podnieceniu pytanie (by – nie uzyskawszy odpowiedzi – pytać coraz szybciej i głośniej):
— Ale czego się dowiedziałaś? Co takiego się stało? Na wszystko, co kochasz, zaklinam Cię, powiedz mi – o co chodzi? No, do cholery, co jest z Tobą? Żarty sobie stroisz? Ja tu umieram z przerażenia!
— Jestem w ciąży.
I zaczęła znowu rozdzierająco szlochać. Mnie natomiast na moment odebrało mowę, a potem zacząłem tylko cicho powtarzać: O, kurwa, o, kurwa, na przemian z: Eli, Eli lama sabachthani – choć nie wiem, czy tylko w myślach, czy też to artykułowałem. A jeśli to drugie, to czy słyszała. Z każdym słowem zatracałem się w rozpaczy, by w pewnym momencie zawtórować Jej w płaczu.
Po chwili trochę się pozbierała i powiedziała:
— Wybacz mi, proszę, byłam taka głupia. I z każdym dniem wzrasta moja pewność, że to nie był przypadek. Ależ byłam naiwna. To wszystko jest takie złe – pierwszy raz w życiu czuję w stosunku do kogoś żal i odrazę – mam oczywiście na myśli jego.
Dopiero po jakiejś minucie doszedłem do siebie – przynajmniej na tyle, by móc cokolwiek z siebie wydusić. Ze straceńczą nadzieją zapytałem:
— Jesteś pewna?
— Tak. Lekarz powiedział, że termin mam na 22 lipca.
— A nie możesz usunąć?
— Wiesz, że nie mogę...
— Ale...
Zamilkłem, bo i nie wiedziałem, co odpowiedzieć – miałem tak wiele myśli naraz, że nie potrafiłem wybrać spośród nich tej, którą chciałbym poprowadzić dialog. Usłyszałem, że głośno wzdycha, a następnie zaczęła szybko mówić, bardziej recytując, niż dobierając słowa cisnące się w myślach:
— Zresztą to bez znaczenia, bo i tak nie bylibyśmy razem. Myślałam nad tym wszystkim i sądzę, że się pomyliłam i żal, jaki ogarnął mnie, gdy pomyślałam sobie, jaki jesteś nieszczęśliwy, wzięłam za uczucie względem Ciebie. Bardzo Cię przepraszam, jeśli Cię skrzywdziłam, ale to było tylko współczucie. Nie kocham Cię. Wybacz mi.
— Nie wierzę Ci. Co innego widziałem dwa miesiące temu.
— Widocznie też się pomyliłeś.
— To nieprawda – nie wiem tylko, czy sama siebie też oszukujesz. Wybacz mi, ale pierwszy raz, odkąd Cię znam, nie wierzę Ci. Nie wierzę, byś była mi to w stanie powiedzieć w oczy i o to tylko Cię proszę. Spotkajmy się i wówczas mi to powiedz. Kiedy będziesz w Poznaniu?
— Na pewno chcesz przez to przechodzić? Wiesz, że to tylko zwielokrotni cierpienie? Zarówno Twoje, jak i moje?
— Kiedy?
— Czwartego, po południu i wieczorem.
— W Emmie? O 16?
— Dobrze, będę. A teraz przepraszam Cię, ale nie mam już siły rozmawiać. I jeszcze raz proszę, wybacz mi.
Gdy tylko skończyłem rozmowę zbiegłem (bardziej adekwatnym byłoby stwierdzenie: zleciałem) do dziadkowego barku, porwałem całe naręcze flaszek rozmaitych. Pierwszą ściągnąłem z gwinta od razu, z jedną przerwą mniej więcej pośrodku, w trakcie której zacząłem przeklinać – głośno i dokumentnie – wszystko i wszystkich. Kolejne miały więcej przerw, za to z moich ust wydobywało się coraz więcej plugawych klątw – dotykających wszelkie szczegóły anatomiczne i genealogiczne świata – począwszy od ludzi, na pewnym bycie abstrakcyjnym kończąc.
Domyśliłem się, że jest to element mojego przekleństwa – prawdopodobnie kluczowy. Przecież właśnie legło w gruzach moje największe marzenie – i to w momencie, gdy byłem pewien happy endu; gdy uświadomiłem sobie, że mam dla kogo żyć; gdy uwierzyłem, że za to wszystko, co wycierpiałem, otrzymam tak wspaniałą i wyjątkową nagrodę. Nigdy też nie byłem tak bliski nawrócenia się (bo zaczynałem sądzić, że Bóg nie może być zły, skoro tak doskonała dobroć wierzy w niego ze wszystkich sił). W jednym momencie straciłem wszystko, na czym mi zależało i co było dla mnie ważne. Poczułem się złamany. Dopiłem to, co odszpuntowałem, niedobitki zniosłem z powrotem, po czym udałem się do naszej knajpy, gdzie już wcześniej umówiłem się z Przyjacielem.

* * *

Umówionego dnia przybyłem nieco wcześniej i zarezerwowałem stolik, który gwarantował – z racji usytuowania – dość dużą dozę intymności. Usiadłem i niespokojnie, w lęku czekałem pijąc browar, a potem drugi. Czwarta przyszła i poszła – minęła bez słowa, potem powoli i ociężale przetoczył się jeszcze kwadrans. Wdarła się we mnie niepewność – czy może źle Ją zrozumiałem, czy może umówiliśmy się na inny dzień. Albo po prostu z jakichś przyczyn nie zdecydowała się przyjechać względnie spotkać.
Gdy już zacząłem rozmyślać o wyjściu, pojawiła się w drzwiach, a ja poczułem, że takiej zimy jeszcze nigdy nie przeżyłem. Jej widok zmroził moje serce do cna, na moment nawet przestało bić, lecz niestety potem znowu zaczęło. Nie było w Niej ni grama radości, nie było poświaty, a Jej twarz postarzała się o wiele, naprawdę wiele lat – poznaczona kanionami wyrzeźbionymi przez łzy, oczy straciły blask i przyblakły, włosy poniszczone i w zupełnym nieładzie, widać, że od jakiegoś czasu nie pielęgnowane w żaden sposób, a kąciki Jej ust – tej podkówki – zdawały się kończyć na spodniej części brody. Jej twarz świeciła się wciąż świeżymi łzami, lecz osadzenie pyłu jednoznacznie wskazywało na to, że płakała dłuższy czas. Wyglądała jak połączenie rozpaczy Niobe, Hekate i Demeter, nigdy wcześniej nie widziałem, by ktoś mógł się tak zmienić w tak krótkim okresie czasu.
Raz jeszcze w myślach przekląłem jego imię i wstałem, by Ją nakierować. Uśmiechnęła się (choć nie był to ten Jej cudowny uśmiech, ten nie był w stanie zniweczyć maski smutku), podbiegła i objęła mnie mocno ramionami, również moje ręce powędrowały na Jej plecy. Przywarła do mnie, a ja czułem, jak napływające kolejne fale szlochu rozdzierającej rozpaczy wprawiają w spazmy Jej wątłe, wymizerowane ciało. Nie ogarnęło mnie już wszechogarniające poczucie ciepła i bezpieczeństwa, a jedynie zwątpienie i ból. Tuliła się ze wszystkich sił, jakby wierzyła, że to może coś odwrócić. Staliśmy tak długo, a ja czułem, że moja bliskość dodaje Jej sił. W końcu oderwała się, pocałowała mnie delikatnie i powiedziała:
— Przepraszam, pociąg się spóźnił... Pozwolisz, że skorzystam z ubikacji, zanim usiądziemy?
— Oczywiście, co chcesz?
— Zamów mi czekoladę, ale ja zapłacę.
Tak uczyniłem, kupując sobie przy okazji kolejnego browca. Wróciła po kilku minutach, odświeżona – wyglądała dużo lepiej, choć wciąż widać było, że cierpi i sporo przeszła. Uśmiechnęła się smutno, usiadła i powiedziała:
— Aż się przeraziłam swojego wyglądu; mam nadzieję, że nie było Ci wstyd. A w ogóle to dziękuję, Twoja obecność daje mi choć trochę oparcia.
— Nie byłabyś w stanie sprawić, bym się Ciebie wstydził.
— Nie jestem pewna – to było dostatecznie żenujące; dziwię Ci się, że w ogóle chciałeś się ze mną spotkać.
— Co niby miało być żenujące? Ludzkie uczucia? Nie żartuj. Wręcz przeciwnie – nawet gdybym nie wyczuł przepełniających Cię uczuć podczas naszej rozmowy przez telefon, uzmysłowiłbym sobie je z całą wyrazistością w tej chwili... Ale teraz proszę, powiedz mi, jak to się stało? Bo czegoś tu nie rozumiem... Naprawdę nie rozumiem.
Spuściła głowę, po czym na parę chwil zapadła cisza. Po czym zaczęła mówić – Jej głos był spleciony z cierpienia i rozpaczy. Co kilka chwil Jej wyznanie przerywał szloch. Co jakiś czas również milkła – widać było, że zbiera siły, by kontynuować.
— Wybacz mi, proszę, nie oczekuję, że zrozumiesz, bo i ja wciąż nie mogę uwierzyć... Byłam taka głupia; ale nigdy nawet nie przyszło by mi do głowy, że ktoś mógłby być do czegoś takiego zdolny. On... on... tak bardzo mnie prosił o... o ostatni raz – pożegnalny, żebyśmy rozstali się jak cywilizowani ludzie, bez żalu. A ja... byłam taka głupia i... i się zgodziłam. A on... on... musiał to planować. Wiedział, że... że od miesięcy nie zażywam już tabletek... Uznaliśmy, że prezerwatywa będzie wystarczającym... zabezpieczeniem... Gdy ją rozpakowywał i nakładał, robił to tyłem do mnie... Cieszyłam się, bo nie miałam ochoty już oglądać jego ..., wiesz czego... A potem... potem okazało się, że... że "pękła"...
W tym miejscu brakło Jej sił i wtulona w moją pierś zaczęła rozpaczliwie szlochać. Zacząłem gładzić Jej włosy, starając się włożyć w to jak najwięcej spokoju i mojego uczucia do Niej. Nie wiem, czy Jej to pomogło, jednak po chwili zaczęła mówić dalej – tym razem dość szybko i zdecydowanie:
— Och, wybacz mi – nie sądzę, byś miał ochotę tego słuchać, ale muszę komuś o tym powiedzieć, bo wszystko we mnie krzyczy, a Ty – nawet bez naszych niespełnionych relacji – jesteś mi najbliższą osobą... Wiem też, że z Tobą mogę się tym podzielić, bo mimo, że sprawia Ci to niewyobrażalny ból – tak jak i mnie – to masz prawo znać prawdę... A także jak źli mogą być ludzie – którzy za okazane serce zdolni są odpłacić krzywdą. Nie potrafię tego zrozumieć, jakim bezdusznym człowiekiem (o ile jeszcze się nim jest) trzeba być, żeby tak kogoś skrzywdzić. I za co? ...
Znowu poddała się uczuciom – już pod koniec łzy płynęły gęściej od słów, a po chwili przerwała i rozpłakała się, jak skrzywdzone dziecko... Po dłuższej chwili zebrała się w sobie i głosem, w którym każdy inny zawarłby gniew – Ona jednak tego nie potrafiła, dlatego brzmiało to jak skarga – powiedziała:
— I jeszcze ten jego telefon w święta, gdzie tonem jakby nigdy nic pytał się, co u mnie słychać, a gdy nie dzieliłam się z nim moimi podejrzeniami, zaczął się dopytywać, jakby wiedział... Bo sądzę, że wiedział...
Raz jeszcze pozwoliła zawładnąć sobą szlochowi. Gdy wreszcie go przemogła, uszu mych dobiegł najbardziej zatrważający – wezbranymi w nim rozpaczą i żalem – głos, jaki kiedykolwiek – przynajmniej do tego momentu – usłyszałem z Jej ust:
— Och, mój Boże, dlaczego na to pozwoliłeś, dlaczego byłam taka głupia... ..., raz jeszcze proszę Cię, wybacz mi... Chociaż sama nie wiem, jak mogę błagać o wybaczenie Ciebie, jeśli ja nigdy nie wybaczę tego sobie...
— Ależ ja nie mam do Ciebie żalu – przecież umawialiśmy się od stycznia, ja również robiłem "to" z ... – tak jak prosiłaś, chciałem wynagrodzić Jej to wszystko, czym Ją skrzywdziłem...
Przerwałem, by zapalić fajkę, a następnie dość znacząco zmniejszyłem ilość trunku znajdującego się w moim kuflu oraz zamówiłem kolejny. Zaciągnąłem się jeszcze raz – mocno, aż po koniuszki płuc – a następnie zacząłem mówić:
— Proszę Cię – rozważ to, co teraz powiem, a przede wszystkim daj mi powiedzieć do końca. Nie wierzę w to, że Bóg, jeśli istnieje, mógłby być taki okrutny, by ukarać kogoś tylko za dobre serce i naiwność, skazać kogoś na utratę marzeń. Przecież widziałem w październiku i wiem, że niczego nie pragnęłaś bardziej, niż być ze mną. Nie sądzę też, byś się tego mogła wyzbyć w tak mimo wszystko krótkim czasie. Tym bardziej, że tu nie chodzi tylko o mnie i o nasze szczęście – to oczywiście też, ale przede wszystkim o Ciebie. Pomijając – choć w sumie nie wiem, dlaczegóżby to pomijać – w końcu masz takie samo prawo do szczęścia, jak każda inna istota, może nawet większe, z uwagi na Twoją dobroć. Za kilka miesięcy pewnie padnie Ci na mózg i uznasz, że dzieciak jest największym Twoim szczęściem, ale przecież co z Tobą? Masz już nigdy nie być szczęśliwa jako Kobieta? I nawet nigdy Nią nie być – bo całą siebie angażując w bycie matką? Bez jaj – nikt nie ma prawa nawet Cię o to prosić, co dopiero żądać jak ten Twój Bóg – ciekawe, że on nie ma takich problemów, pewnie wówczas miałby nieco mniej konserwatywne stanowisko w tej kwestii. Nie chcę "jechać" po Twoim systemie wartości, ale sama widzisz, że wymaga od Ciebie wszystkiego, czego pragniesz.
Zrobiłem krótki antrakt, by pociągnąć z kufla. Widząc, że chce coś powiedzieć, uczyniłem gest, że jeszcze nie skończyłem. Posłuchała, a ja – z narastającą złością, a może nawet wściekłością w głosie – perorowałem dalej:
— Czy Ty nie rozumiesz, że w ten sposób jedyną szczęśliwą osobą będzie on – że wynagrodzisz uczynione zło? Przecież wiem, jak będzie – nigdy nie będziesz go kochać – i właśnie dlatego (a także by dziecko miało szczęśliwą rodzinę) będziesz robić wszystko, żebyście wyglądali na dobrane małżeństwo – a jemu przecież o to, i tylko o to, chodzi, tego dokładnie pragnie i właśnie wygrał główny los na loterii! I wie, że ani go nie zdradzisz, ani nie odejdziesz, ani w żaden sposób go nie skrzywdzisz. Co więcej będziesz się mu oddawać, bo przecież tego od Ciebie wymaga ten Twój chory i jakże nieskończenie okrutny Bóg! A najgorsze jest to, że tym razem nie będzie się starał, ani zabiegał, bo przecież już Cię dożywotnio dostał! I tylko gdy już umrze (bo pewnie umrze wcześniej od Ciebie), gdy zostaniesz sama – zaczniesz żałować, naprawdę żałować, bo zrozumiesz, że kochać bliźniego swego trzeba, jak siebie samego – ale nie bardziej, nigdy nie kosztem siebie, swojego największego marzenia! I na ile zrozumiałem Biblię, a w przeciwieństwie do Ciebie, ją przeczytałem – wcale nie spotka Cię za to nagroda, bo dla zadowolenia jednego gnoja poświęcisz szczęście dwojga przeznaczonych dla siebie osób. Sądzę, że jeśli Bóg istnieje, nie pozwoliłby, byśmy się spotkali i pokochali całymi sobą – tylko po to, byśmy mieli cierpieć po kres naszych dni, bo dałaś sobie sparaliżować wolę dogmatami. On będzie potępiony, oj – jeżeli tylko ten Bóg, który jest w Piśmie istnieje – będzie potępiony, bo uczynił wielkie zło. Lecz dlaczego chcesz mu to zło wynagrodzić w tym życiu – które być może (ja przynajmniej w to wierzę) jest jedynym, jakie mamy?
Szybko zapaliłem kolejną fajkę, pociągnąłem też uczciwego łyka z kufla. A następnie kontynuowałem:
— Prawda jest taka, że ja już zamknąłem swój związek – pojechałem do Niej na sylwestra, opowiedziałem Jej o tym wszystkim; o tym, że od końca października byłem z Nią tylko dlatego, że mnie o to prosiłaś; o tym, co się stało; o naszej rozmowie sprzed kilku dni. Po prostu nie mogłem już dłużej udawać, a kłamać nie potrafiłem nigdy – zrobiłem to tylko dlatego, że mnie prosiłaś. I chyba dobrze wywiązałem się ze swej roli, bo była mi wdzięczna, podziękowała mi za to i powiedziała, że rozumie oraz że ma nadzieję na cud, że jednak nie pozwolisz zniszczyć naszego – w znaczeniu Twojego i mojego – szczęścia. Ale ja nie potrafiłbym tak dłużej żyć, bo i tak nie dałbym Jej szczęścia, ono przecież tkwi przy Tobie, u Twego boku.
Chwyciłem mocno – choć nie na tyle, by sprawić ból – Jej miękką, ciepłą rączkę. Wiedząc, że zbliża się kulminacyjny fragment rozmowy, włożyłem w nią jeszcze więcej serca:
— Wybacz mi to, co zaproponuję. Powiesz, że to dziecko – choć dobrze wiesz, że to dopiero embrion – nie jest niczemu winne; że jestem okrutny i zły, bowiem chcę byś je usunęła; być może myślisz, że Cię nie kocham, w przeciwnym razie chciałbym być z Tobą niezależnie od wszystkiego; że wychowalibyśmy to dziecko, jak swoje. Ale to nieprawda, bo on zawsze byłby jak cień – przypuszczam, że błyskawicznie postarałby się o uświadomienie go, kto jest jego prawdziwym ojcem, rozpowiadałby też to wkoło itd. Albo ciągałby nas po sądach, by wielce udowodnić swoje ojcostwo – swój triumf nad naszą uczciwością. Skoro był zdolny do tak nikczemnego czynu, to sądzę, że potrafi zdobyć się na wszystko.
To powiedziawszy powstałem i opadłem przed Nią na kolana, wciąż trzymając Jej delikatną, drżącą dłoń, po czym spojrzawszy w Jej prześliczne oczy powiedziałem z mocą:
— Proszę Cię, nie, zaklinam Cię na nasze uczucia względem siebie, na wszystko co dobre i piękne, na cały świat – błagam Cię, zrób to – dla nas.
Umilkłem widząc, że kolejne łzy płyną w dół Jej twarzy, a Jej oczy wypełniły się skondensowaną, niewyobrażalną udręką, która przepełniała również Jej głos:
— Proszę Cię, przestań. Nie znęcaj się nade mną – naprawdę cierpię, i bez tego, czuję się tak bardzo podle. Choć może masz do tego prawo, mimo, że każde Twoje słowo sprawia mi ból. To wszystko to moja wina, i teraz też jestem winna. Bo chyba powinnam pozwolić Ci uwierzyć, że Cię nie kochałam, byś chociaż Ty nie cierpiał, albo raczej cierpiał intensywnie, ale krótko i może jeszcze dziś znalazł pocieszenie w czyichś ramionach. Ale nie potrafię kłamać. Zresztą to kłamstwo mogłoby sprawić, że już nigdy nie potrafiłbyś zaufać, by w konsekwencji – świadomie lub nie – krzywdzić innych.
Zamilkła, a ja nie wiedząc, co Jej odpowiedzieć po prostu usiadłem naprzeciw Niej i mocno wychyliwszy się otarłem Jej łzy. W tym momencie przyszedł mi jednak do głowy pomysł równie ciekawy, co niedojrzały, choć z drugiej strony – gdyby tylko dotyczyło to kogokolwiek innego – zapewne zostałby zrealizowany. Zagadnąłem nieśmiało:
— Wiesz, od kiedy byłem pewien, że będziemy ze sobą (a prawdę mówiąc od czasu do czasu także wcześniej od momentu, gdy Cię poznałem) ciągle marzyłem i wyobrażałem sobie, jak nam będzie, jak minie nam nasza pierwsza noc. Ciągle się nad tym zastanawiam i wiem, że nigdy nie da mi to spokoju, chyba że... Czy Ty nigdy nad tym nie myślałaś? Jeśli tylko czułaś to, co ukazywałaś – to nie miałaś wyjścia. Nie ciekawi Cię to?
— Proszę, nie mówmy o tym, uznajmy, że nie wyszedłeś z tą propozycją.
— Ale ja mówię poważnie, naprawdę nie chcesz przekonać się, jak byłoby ze mną?
— Wiem, że byłoby cudownie. Widziałam to w Jej oczach – oczach kobiety spełnionej. Świata poza tobą nie widziała. Może nadal nie widzi. Proszę Cię, nie zniszcz tego.
— Już za późno, w przeciwieństwie do nas...
— Sam nie wierzysz w to, co mówisz. Przecież wiem, że nie byłbyś, a właściwie nie jesteś w stanie zaakceptować mojej decyzji. A jeśli masz na myśli jedną noc, to miej trochę szacunku – dla mnie, dla siebie, dla Niej – i nazwij to po imieniu. Jednak proszę, nie mów już o tym, bo to co Ci odpowiem, sprawi, że poczujesz się znacznie gorzej, prawie tak, jak ja czuję się od już dość dawna.
— Wiem, że choć nie jesteś zdolna nienawidzić, masz do niego żal – to również, jak sądzę, sprawia Ci ból. Jednak to nie byłaby nawet zemsta, bo ją mogłabyś osiągnąć tylko usuwając i wiążąc się ze mną – ale wiem – tak jak i on – że nie jesteś do tego zdolna. Niczego tak nie żałuję.
Na chwile przerwałem, jakby się wahając, ze świadomością, że to co powiem jest złe:
— A może tak naprawdę mnie nie kochałaś, a to wszystko było tylko grą.
Przez moment, nim spuściła głowę, zauważyłem w Jej oczach przerażenie. Ponownie się rozpłakała, w płaczu drżącymi ustami wciąż powtarzając szeptem:
— Proszę, nie Ty... Nie z Twoich ust... Nie Ty, proszę... Nie Ty... Tylko nie Ty...
Po chwili się opanowała, na tyle by powiedzieć:
— Naprawdę chociaż przez moment tak pomyślałeś? Mam nadzieję, że to tylko niepotrzebna i pozbawiona jakiegokolwiek uczucia próba wywołania we mnie poczucia winy. Wiedz bowiem, że kochałam Cię, kocham i będę kochać już zawsze – po ostatni mój oddech. Nie potrafię tego wyrazić, jest to tak niewyobrażalne – nigdy wcześniej nikogo tak nie kochałam i nie wierzę, bym jeszcze miała.
— Przepraszam Cię, to było bardzo nieuczciwe. Zawsze podziwiałem w Tobie (oprócz oczywiście tych wszystkich języków które znasz i wszystkiego innego zresztą) Twoją dobroć dla całego świata - jesteś najlepszą osobą, jaką kiedykolwiek poznałem. Jednak wiem też, że i Ty mnie pragniesz.
— Owszem, pragnę i będę pragnąć. Marzyłam o Tobie, od chwili, gdy Cię poznałam. Byłeś i wciąż jesteś najdoskonalszym mężczyzną, jakiego spotkałam, ucieleśnieniem moich marzeń. Co noc o Tobie śniłam, a wieczorami przesiadywałam na korytarzu, mając tę tylko nadzieję, że choć przez moment zobaczę Cię, wracającego z zajęć, a jeśli będę miała szczęście, zaszczycisz mnie swoim spojrzeniem.
Milknie na moment, po czym ciągnie dalej, z widocznym wahaniem, pewnym zawstydzeniem, policzki Jej przyjmują barwę szkarłatu, a głos cały drży:
— Ale to przecież wiesz, powiedziałam Ci to w październiku. Od jego końca natomiast każdego dnia byłam jak w transie – wciąż myślałam tylko o nas, wszystko planowałam, uczyłam się przepisów oraz pochłaniałam książki o współżyciu, bo marzyłam o tej chwili, gdy już będziemy mogli cieszyć się naszymi ciałami, chciałam, by było Ci jak najlepiej. A nocami to sobie wyobrażałam – by potem o tym śnić. Byłam już w takim stanie, że na samą myśl (a myślałam bez przerwy) o Tobie odczuwałam niesamowite podniecenie. Wyobrażałam sobie, że w końcu stycznia najpierw wylądujemy u mnie, a potem od lutego coś wynajmiemy. Tak bardzo Cię pożądałam – wstyd mi na samo wspomnienie o tym, bo to było tak różne od tego, czego doświadczałam. Wiesz, że Kościół uczy, iż miłość musi mieć głębsze podstawy, niż tylko fizyczność. Ja oczywiście kochałam (i kocham) Cię całą sobą, ale wówczas – rozpalona po tamtej nocy – marzyłam tylko, by zatracić się wreszcie w Twoich ramionach. Jednak połowa listopada przeszła, a ja ciągle nie miałam... wiesz czego. Wtedy zrobiłam pierwszy test, był pozytywny, ale przecież zdarzają się pomyłki, potem kolejne. W końcu w grudniu – tego dnia, gdy zadzwoniłam do Ciebie – otrzymałam oficjalne wyniki od lekarza. Najgorsze jest to, że wówczas – gdy mnie o to poprosił – choć przede wszystkim poczułam obrzydzenie, na myśl o sprowadzeniu tego aktu zjednoczenia do roli zwykłej kopulacji, a nawet gorzej, bo jakby uścisku rąk na pożegnanie, to – wybacz mi – wciąż jednak odczuwałam podniecenie po nocy w Twoich ramionach, choć oczywiście nie dlatego uległam. Choć nie pytaj mnie proszę, dlaczego. A potem, w trakcie, czułam taki ogromny wstręt, zarówno do niego, jak i siebie samej; czułam się też, jakbym Cię zdradzała. Do tego stopnia, że potem nie wiem, ile czasu siedziałam pod prysznicem i płacząc, próbowałam się domyć. Dopiero gdy wyszłam, zakomunikował mi, że pękła; pamiętam, tylko że kazałam mu sobie pójść i nigdy więcej nie wracać. A potem zaczęłam się modlić, jak jeszcze nigdy w życiu – żarliwie i bez końca. Nie wiem, ile tak trwałam, ale przynajmniej kilka godzin, bo dopiero mama wyrwała mnie z tego stanu – był to już czas obiadu. Tak bardzo żałuję, że dałam się namówić, ale także i tego, że my wówczas nie wykorzystaliśmy okazji. Wstyd mi to przyznać, ale naprawdę tego żałuję.
— Wiesz, że ja też. Ale masz rację – wybacz, że wyszedłem z tą propozycją.
— Nie mam czego – sama też tego pragnę, ale wiem, że później nie miałabym dla siebie już nawet szacunku. I sądzę, że nie potrafiłabym już nigdy spojrzeć Ci w oczy.
Gdy już mniej więcej wyczerpaliśmy temat, spytała, czy może siąść obok mnie i raz jeszcze chwilę spędzić przytulona do mnie. Oczywiście nie miałem nic przeciwko. Czułem Jej smutek, ale też i rezygnację, oraz dziwny spokój – jakby zdobyta pewność zabiła kłębiącą się pod skórą nadzieję na cud – a także pewną dozę przyjemności, co mogło być spowodowane faktem, że czuła moją bliskość. Prawie nie wyczuwałem z kolei tej Jej cudownej radości, choć i po rozpaczy – którą miała jeszcze wchodząc tutaj – nie zostało śladu. Wówczas przez chwilę pojawiła się we mnie myśl, że może jednak spróbować, ale po chwili zganiłem swoją głupotę i czym prędzej wyrugowałem ją ze swojej głowy.
Trwaliśmy tak jakiś czas – może z pół godziny, gdy nagle do kawiarni wszedł on – uśmiechnięty, z kwiatkiem – podszedł do niej, jak gdyby nigdy nic i spróbował pocałować. W porę się odchyliła, spojrzała na niego z mieszaniną odrazy i lęku, po czym spytała z wyraźną niechęcią:
— Skąd wiedziałeś, gdzie jestem?
— Gdzie jesteście, chciałaś powiedzieć. Zadzwoniłem do Ciebie do domu, Twój tata powiedział mi, że pojechałaś do Poznania, z kimś się spotkać. Nie mogłem się do Ciebie dodzwonić na komórkę, więc w tym momencie już wiedziałem z kim. A że znam ulubioną knajpę Morgana, więc wiedziałem, gdzie was spotkam. Nie cieszysz się, że pędzę przez całe miasto, by się z Tobą spotkać?
Zaśmiał się cicho. Ona wręcz przeciwnie – wargi zaczęły Jej drgać, a głos, który z nich się wydobył sprawił, że dopiero w tym momencie uświadomiłem sobie, jak bardzo cierpi; do jakiego stopnia Jej wiara została zdeptana, a Jej miłość do świata – zbrukana. Było w tym tak wiele bólu i rozpaczy, że i ja poczułem się winny – zarówno tych wszystkich namów, jak i przede wszystkim braku odwagi – tego, że ją skazałem na taki los. W miarę jak mówiła Jej głos potężniał – by ze złamanego stać się ostrym jak stal:
— Po co tu w ogóle przyszedłeś? Dlaczego mnie prześladujesz? Nie mam prawa spotkać się z przyjacielem? Z najbliższą mi osobą? Tylko we dwoje? Jestem wolną osobą! Więc bądź łaskaw to uszanować!
Zaśmiała się, a w śmiechu tym było tyle samo cierpienia, co rezygnacji i coś jeszcze – coś, co słyszałem tak często przed laty, przeszywający, lecz ciepły śmiech osoby, która stacza się w obłęd, a przynajmniej znajduje się w jego pobliżu. Jednak głos, który wydobył się z Jej gardła, stanowił jego zaprzeczenie – był zimny i rzeczowy:
— Nie bój się, nic nie robimy – jak zwykle zresztą – bo mamy swoje zasady, czego zresztą bardzo żałuję. Jak również tego, że Cię poznałam. Pewnie przyjdzie mi zapłacić za każde dzisiejsze słowo, ale ja i tak już straciłam swoje szczęście i – tak naprawdę – życie.
Po czym rozszlochała się, energicznie odtrąciła jego zmierzającą w Jej kierunku rękę, by przypaść do mojej piersi. Ponad Jej głową widziałem jego wściekłe spojrzenie, jednak zignorowałem je. Delikatnie ją objąłem, po czym powiedziałem:
— Skoro już przyszedłeś, to może pójdziesz coś sobie kupić?
— Masz rację, za moment wracam.
Gdy tylko odszedł, powiedziała:
— Przepraszam Cię za tę scenę, pewnie nawet sobie nie wyobrażałeś mnie takiej. Ja też nie. Nie wiem, co się ze mną stało, poczułam się, jakby coś we mnie pękło – jednak nie przełamało się w pełni, a tylko jakby nadłamało i ciągle boli.
— Rozumiem, choć wiem, że popełniłaś błąd, on nigdy Ci tego nie wybaczy.
— Wszystko mi jedno, ja naprawdę dzisiaj straciłam wszystko. Więcej niż sobie wyobrażasz. Mam nadzieję, że nigdy nie zrozumiesz, co mam na myśli.
W tym momencie wrócił z filiżanką kawy. Nie mówiliśmy już nic, każde z nas chciało jak najszybciej dopić swoją czarę goryczy i zakończyć to spotkanie. Gdy zaczęliśmy się zbierać do wyjścia, powiedziała – zwracając się do nas obu:
— Przepraszam, pójdę jeszcze do toalety.
Poczekał, aż zamkną się za Nią drzwi.
— Wiesz, mógłbym Cię po prostu olać, ale byliśmy dobrymi kumplami, więc należy Ci się słowo wyjaśnienia. Tym bardziej, że wiem, że Jej nie powtórzysz. Bo nawet gdybyś o tym pomyślał – w co wątpię – to tylko przysporzyłbyś Jej tym cierpienia. A może po prostu chcę, żebyś bardziej cierpiał? Bo mimo wszystko wciąż jestem wściekły za tę scenę i za to, że Ją dotykałeś. Wiem, że do niczego między wami nie doszło, ale i tak czuję się zazdrosny...
Znudzony tym przydługim wstępem, a zarazem wściekły o wszystko, co się zdarzyło, bezpardonowo mu przerwałem:
Ad rem, czyli tłumacząc dla ciebie, prostaku – do rzeczy.
Drwiącym głosem powiedział:
— Cóż to, wychodzimy z siebie?
Po czym cicho dodał:
— Na Twoim miejscu uważałbym na to, co mówię. Tobie nic nie zrobię, co najwyżej wywrę na Tobie małą zemstę, zdradzając mój sekret, ale to Ona odpokutuje za Twoje zachowanie, więc się pilnuj.
By następnie znowu przejść do pogodnego tonu pełnego łaski władcy świata, który właśnie podbił ostatnią opierającą się mu krainę:
— Ale – jak prosiłeś – do rzeczy. Więc tak, wiedziałem, że liczy się z Twoim zdaniem, więc się z Tobą zakumplowałem. Było to tym łatwiejsze, że naprawdę jesteś całkiem w porzo – nawet mimo tego, co zrobiłeś przed chwilą. No i na ogół się nie nudziłem. Poza momentami, kiedy zaczynałeś pierdolić o tej swojej niespełnionej miłości. Ja w ogóle Cię nie rozumiem i nie sądzę, bym kiedykolwiek miał – wypłakujesz oczy za jakąś głupią cipą, chociaż masz fantastyczną laskę, a druga świata poza Tobą nie widziała. Powiem tyle: zmień się, bo i swoją stracisz. A wracając do tematu – to sądzę, że się domyśliła, ale nie chciałem Jej stracić. Wyobrażasz sobie, że była na tyle niemądra, że powiedziała mi o swoich planach – o tym, że chcecie się związać? Nie mogłem do tego dopuścić. Była też na tyle naiwna, by kupić tę bajkę o pożegnalnym razie. Wiedziałem, bo już wcześniej – gdy tylko mieszkaliśmy razem – w maju i czerwcu próbowałem wrobić ją we wpadę; stąd wiedziałem, kiedy ma okres, ale wówczas jeszcze działały tabletki, zresztą Ona nigdy nie chciała, tylko czasem udawało się mi Ją namówić – nie masz pojęcia, jak świetnie działało mówienie o tej piździe, w której się bujasz – wówczas widziałem Jej dezorientację. Wiedziałem, że wciąż myśli o Tobie, więc nie dawałem Jej spokoju – a to do Niej pisałem czy dzwoniłem, a to pojechałem za Nią do Hiszpanii. Wtedy już w ogóle nie zgadzała się na seks – raz, że chciała już to skończyć, dwa, że była po prostu zmęczona pracą. A właśnie – wiesz, że była na tyle zmęczona, że poprosiła mnie, bym wysłał Jej niewinną kartkę do Ciebie? Oczywiście nie omieszkałem się dopisać, byś zachował się tak, jak się zachowałeś – czyli jak frajer. Bo Ona nawet przez sen – i to każdej nocy – mówiła Twoje imię. Wiesz, że nawet nie dała mi swojego adresu w Niemczech? A potem przyjechała się rozstać. Wiedziałem to już wcześniej, bo zakomunikowała mi to przez telefon, chciała jednak być uczciwa – nie wiem, co wy z nią macie – i powiedzieć mi to prosto w oczy. Wtedy przyszedł mi do głowy ten plan – przedziurawiłem kondoma i musiałem tylko zrobić swoje – nie masz pojęcia, ile czasu musiałem Ją namawiać. Już myślałem, że nic z tego nie wyjdzie – znaczy po dobroci, bo gdyby było trzeba, to bym Ją i zgwałcił – ale przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Udałem, że mnie zraniła, zacząłem żalić się, że zawsze była wobec mnie nieuczciwa – że nigdy mnie nie kochała i że na pewno mnie zdradzała z Tobą. Że jeśli była wobec mnie uczciwa – niech da mi dowód – w końcu jeśli między wami nic jeszcze nie było, to Cię nie zdradzi w ten sposób. Powiedziałem też, że Jej nigdy nie wybaczę, że będzie miała to na sumieniu i tego typu bzdety. Coś w każdym razie musiało do Niej dotrzeć, bo mając wpatrzone gdzieś w dal oczy pełne łez, drżącymi rękoma zaczęła się rozbierać. Nie pozwoliła się mi ani pieścić, ani nawet dotknąć. Powiedziała tylko, żebym się pospieszył, co też uczyniłem – bo dochodzę szybko, nawet bardzo.
W tej chwili wróciła, a może stała tam i czekała, aż skończy? Widząc, że zbliża się do stolika, wstał i podał Jej płaszcz. Po czym rzucił w moim kierunku:
— Ot, i cała historia. Będziemy już znikać, na razie.
A Ona dodała:
— Dziękuję za rozmowę i przepraszam.
Podeszła do mnie, nachyliła się i wyszeptała mi do ucha:
— Mam nadzieję, że mi to kiedyś wybaczysz. Ja... ja... zawsze będę Cię kochać. I każdego dnia będę się modlić, byś znalazł swoje szczęście. Choć w dalszym ciągu uważam, że powinieneś jeszcze spróbować naprawić relację z ... Naprawdę Cię kochała i pewnie wciąż kocha. Pamiętaj, że jeślibyś czegokolwiek potrzebował, zawsze będę do Twojej dyspozycji. A teraz trzymaj się, proszę. I jeszcze raz błagam Cię, nie potępiaj mnie.
Pospiesznie wyszeptałem:
— To ja proszę Ciebie, o wybaczenie mojej słabości. I przysięgam Ci jedno – w imię tego, co do Ciebie czuję, w imię naszego zniszczonego szczęścia – spiszę naszą historię – ku przestrodze innym. Przysięgam.
— Nie szukaj zemsty, proszę – to już niczego nie zmieni. Postaraj się mu wybaczyć. Ważne jest to, co mieszka w nas – nasza miłość do siebie, ona trwać będzie zawsze. Pa.
Po czym obdarzyła mnie ostatnim, smutnym uśmiechem i wyszła z nim.