OmnipotentiaS MorganuS

 

Impressio cum Angelo (La cierva dorada)

V

Gdy 1,5 tygodnia później skończył ze sobą mój jedyny Przyjaciel (wówczas uświadomiłem sobie, że do tego momentu było jeszcze coś ważnego w moim życiu), a mnie z kolei się to nie udało, gdy już wypłakałem się komuś, kto był niegdyś dla mnie Bogiem (czyniłem to zresztą dwa dni z rzędu i uznałem, że trzeci byłby przesadą), a mimo to wciąż nie mogłem się pozbierać, zadzwoniłem do Niej z budki. Rozłączyła się i natychmiast oddzwoniła, prosząc bym wytrzymał do jutra, bo tego dnia przyjazd był już niemożliwy.
Gdy tylko się przywitaliśmy – wciąż jeszcze poprzez objęcie się, lecz już bez dawniejszego szczęścia dzielonej energii i pragnienia, by to trwało. A także tylko z częściową bliskością i bez lgnięcia do siebie całymi sobą – słowem, bez zatonięcia w sobie. Także i w Jej oczach mignęło mi rozczarowanie tym nowym układem (choć gdzieś w kąciku zamajaczyła mi radość z naszego spotkania).
Ponownie – tym razem długo i dogłębnie – spojrzałem w Jej oczy i ujrzałem w nich niewyobrażalnie wiele smutku i bólu – to dodatkowo mnie poraziło (choć niestety nie pozbawiło zmysłów), zacząłem sobie (głównie w myślach) wyrzucać, że niepotrzebnie Ją zaprosiłem, bo to tylko spotęgowało całą moją rozpacz. Po chwili rozpłakałem się – choć to słowo ryczeć byłoby bardziej adekwatnym – czyniłem to bowiem, jak dziecko – całym sobą. Skierowała moje bezwładne ciało na swoje łóżko, by po chwili przysiąść się tuż obok, sprawić, bym położył swoją głowę na Jej ramieniu i chwycić moją rękę. Po czym powiedziała smutno, lecz spokojnie:
— Teraz wreszcie – jeśli się zgodzisz – chciałabym usłyszeć, jak to właściwie się stało, co go skłoniło i o wszystkim, co jest z tym w związku.
Zacząłem snuć opowieść – o prawdziwej Przyjaźni, o Braterstwie itp., o Dawnych Dniach, o ostatnich wakacjach, o ostatnim naszym spotkaniu – dokładnie tego dnia, gdy mi powiedziała o ciąży, kiedy zdałem sobie sprawę, że jesteśmy przeklęci i to za uczciwość – wówczas natychmiast po otrząśnięciu się z szoku pognałem do baru, spotkać się z Nim i się wypłakać. O tym, że On wtedy jeszcze bardziej ode mnie potrzebował pomocy, a ja nie potrafiłem Go wysłuchać, bo wściekły na cały świat zapragnąłem znaleźć chwilowe ukojenie między nogami, którejś z tańczących tam panien. I pozwoliłem Mu odejść bez słowa, co dopiero zauważyłem wychodząc z zapowiedzią realizacji założeń bojowych. Tyle lat zawsze byłem przy Nim, a kiedy naprawdę potrzebował mojej pomocy, odwróciłem się plecami (to także zawsze będzie żyło we mnie). Nie wiem, ile opowiadałem, ale gdy skończyłem siedzieliśmy w ciemności, a światło latarni ulicznych odbijały się w Jej mokrej od łez, ślicznej twarzy. Trzymaliśmy się za dłonie i przez jakiś czas siedzieliśmy w milczeniu. Widziałem, że moja historia Ją poraziła. W końcu pełnym wzruszenia, lecz przepełnionym smutkiem głosem powiedziała cicho:
— Dziękuję, że mi to opowiedziałeś. Przykro mi, że to wszystko się zdarzyło i że tak to na Ciebie wpłynęło. Dopiero teraz potrafię zrozumieć, w jakiej sytuacji się znalazłeś – straciwszy to, na czym zależało Ci najbardziej i tych, których kochałeś – a wszystko to w niecały miesiąc. Podziwiam Cię, że sobie z tym radzisz – bo nawet jeśli tego nie dostrzegasz – to tak naprawdę jest, jesteś jedną z najsilniejszych osób, które znam. Jednak co do Twojego przyjaciela – to nie możesz obarczać się winą za jego wybór. Prędzej czy później i tak by to uczynił, zwłaszcza, że jak mówisz, nie była to jego pierwsza próba. Proszę, nie obwiniaj się o jego śmierć.
Tuliła mnie, ja szlochałem, głaskała mnie po głowie, szepcząc same dobre słowa, a ja czułem jak wracają mi siły. Mimo całego przenikającego mnie bólu, było mi tak wspaniale. I nawet świadomość, że tuli mnie po raz ostatni, nie potrafiła dojść do głosu, uśmierzana Jej cudownym dotykiem.
Żegnając mnie wręczyła mi kartkę z pokrzepiającym tekstem, mówiąc:
— Napisałam tam parę słów dla Ciebie, wierzę, że się Ci spodobają. Jeśli mogę Cię prosić (o ile oczywiście jej nie wyrzucisz od razu), spójrz na nią, gdy tylko będzie Ci smutno. Pamiętaj, że ja zawsze będę myślami przy Tobie – czy Ci będzie dobrze (na co mam nadzieję), czy też źle. Oczywiście gdybyś czegoś potrzebował – dzwoń lub pisz śmiało – zawsze będę do Twojej dyspozycji, ciesząc się, że mogę Ci pomóc.
— Dziękuję...
Tyle dałem radę wyszeptać, a następnie objąłem Ją z całym uczuciem, które mieliśmy dawniej, a Ona to odwzajemniła. Uśmiech rozpogodził Jej twarz.
— To ja dziękuję. Trzymaj się, proszę. I tylko proszę nie myśl już o tym, by do niego dołączyć – na to jeszcze przyjdzie czas. Obiecaj mi to, proszę. Obiecaj, że przynajmniej postarasz się znaleźć w sobie siłę, by spróbować żyć.
Chciałem Jej zripostować, że ciągle tylko ma do mnie prośby, ale gdy przyszło do największej próby, to sama się poddała, ale uznałem, że nie będę Jej więcej ranić – bo Ona też będzie potrzebowała mnóstwo sił, by żyć. Dlatego też tylko delikatnie wyswobodziłem się z Jej objęć i powiedziałem:
— Spróbuję...
Po czym w myślach dodałem: choć nie masz pojęcia, na co mnie skazujesz.
Rozpromieniła się, ucałowała mnie w policzki i powiedziała:
— Dziękuję, nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy.
Po czym wyszła.

* * *

Nie spotkaliśmy się już nigdy więcej. Jeszcze przez pół roku utrzymywałem kontakt – może to okrutne, ale miałem nadzieję, że poroni. Gdy jednak dowiedziałem się, że urodziła i przeżyło – pogratulowałem i zdecydowałem (bez formalnej informacji o tym) zakończyć tę relację. Pisywała do mnie – nie odpisywałem; czasem dzwoniła, a gdy akurat byłem – kazałem mówić, że mnie nie ma.
Wreszcie po jakimś czasie napisała do mnie po raz ostatni – gdzie wyraziła nadzieję, że nie odpisuję dlatego, że po prostu chcę zapomnieć oraz na to, że Jej kiedykolwiek wybaczę, jak również, że znalazłem swoje szczęście. Napisała też, że potrafi mnie zrozumieć, choć żałuje, bo dla Niej sama możliwość spotykania ze mną, była największą nagrodą. I że dziękuje za wszystko. Zakończyła to słowami: I pamiętaj: Nie jesteś sam. Moje drzwi i serce zawsze są dla Ciebie otwarte. Jeśli tylko chcesz porozmawiać, czegokolwiek potrzebujesz – czekam...

* * *

Moja kochana La cierva dorada, wybacz mi, proszę, to, co było moją winą. Byłem taki naiwny i głupi. Zawsze sądziłem, że krzywdzę przez moje czyny – pragnąc pomóc, szkodzę itp. W Twoim przypadku zaszkodziłem poprzez zaniechanie – bo przy całej mej naturze, nigdy nie zdołałbym sobie nawet wyobrazić tak podłego postępku. To ja na siłę wręcz staram się sprawić, by o mnie zapomnieć. Tak zresztą było (i jest) i w Twoim przypadku – przecież sama wiesz, ile razy do mnie potem pisałaś, z zapytaniem, co u mnie, z propozycjami pomocy w jakiejkolwiek postaci. Mam nadzieję, że o mnie zapomniałaś i że znalazłaś szczęście. Bo przecież Bóg – jeśli istnieje – nie mógłby być taki okrutny, by skazać najlepszą Istotę na Ziemi na tak podły los. I za co? Za nieskończoną dobroć, wspaniałe serce, czystość intencji i naiwność?
Byłaś najwspanialszą istotą, jaką dane mi było spotkać. I wiem, że popełniłem błąd, że trzeba mi było dźwigać brzemię swoich czynów, bo w końcu to ja pchnąłem Cię w jego ramiona. Przełamałem Twój naturalny opór, uśmierzyłem Twoją krzyczącą w przestrodze podświadomość. A co do naszego spotkania w knajpie to dopiero teraz – po latach – zrozumiałem, co miałaś na myśli mówiąc o utracie wszystkiego – bo to ja w godzinie próby okazałem się być zwykłym małym człowieczkiem. Nie miałem dla Ciebie nic więcej prócz pięknych słów, gorących zapewnień i łzawych próśb, które tylko osuwały Cię na dno rozpaczy. Wiem, że gdybym tylko się wówczas odważył – przeżyłbym najpiękniejsze życie, jakie mógłbym sobie tylko wyobrazić; wiem, że wynagrodziłabyś mi wszystko. Teraz mam tę pewność, że czekałaś choćby na mój najmniejszy gest. Byłem jednak zbyt wielkim tchórzem. Prawdę mówiąc – bez tego doświadczenia – także i dziś bym się nie zdecydował – nawet wiedząc, że spotkałem miłość swego życia. W każdym razie – wiem, że to by Cię tylko przygnębiło, gdybyś wiedziała – nie ma dnia, bym nie żałował, tego co się wydarzyło. I wiem, że zawsze będę Cię kochać.
Coraz częściej sądzę, że szczęście – jeśli w ogóle istnieje – zbudowane jest na łzach i bólu innych oraz że ludzi dobrych spotyka kara za to właśnie, że są dobrzy. Mam oczywiście na myśli Ciebie, bo mnie wówczas jeszcze zdarzało się świadomie przysparzać bólu. To Ty nauczyłaś mnie bezinteresownej i poświęcającej się dobroci, która jednak, jak zaobserwowałem, nie przynosi czyniącemu niczego prócz bólu, a nawet cierpienia, a w najlepszym przypadku kończy się tylko stratą czasu.
Wszystko skończyło się najgorzej jak mogło, bo i tamtego związku nie udało się mi uratować. Byliśmy ze sobą jeszcze rok – Ona mieszkająca gdzieś indziej, ja tkwiący w Poznaniu. Z narastającą ścianą chłodu wszystkich tych wydarzeń. Spotykaliśmy się tylko w weekendy, a i nie w każdy. W następnym roku akademickim wyjechałem na stypendium, z którego nie wróciłem ani na święta, ani na Sylwestra i w styczniu zdecydowaliśmy się rozstać. Tak więc nawet tego Twojego życzenia nie udało się mi spełnić. Boli też moja dawna obietnica (jeszcze z czasów, gdy byliśmy szczęśliwi), która się nie spełniła – bo nic nie skończyło się dobrze. Także tej, złożonej (mimo, że nie było to niczym tak formalnym – wiem, że tak to potraktowałaś) podczas naszego ostatniego spotkania nie dotrzymałem w pełni – owszem, wciąż jeszcze żyję, jednak w międzyczasie dwukrotnie podejmowałem próbę przyspieszenia końca; do dziś nie wiem, dlaczego się nie powiodło. Nie spotkałem również szczęścia i choć czasem się jeszcze łudzę, to coraz częściej jestem pewien, że już nigdy nie znajdę.
Teraz jednak – tak jak niegdyś Ci obiecałem – spisuję to świadectwo naszego nieszczęścia. Wybacz, że trwało to tyle lat – naprawdę wiele razy próbowałem, jednak nie byłem gotowy – dopiero kończąc to spisywać zrozumiałem (być może) niektóre rzeczy. Przede wszystkim rzecz podstawową – bo jeszcze zaczynając pisać byłem przekonany, że tym dniem był 27 XII 2001, a nie 04 I 2002 r. A przecież to wówczas zdeterminowałem nasze losy.
Raz jeszcze proszę, wybacz mi wszystko.
02-03.2012, 02.2013

Pars IV