OmnipotentiaS MorganuS

 

Impressio cum Nymphælla

IV

Spotkanie
Przeszło dekadę po tych wydarzeniach otrzymałem pewną (krótkotrwałą) propozycję zawodową w nowym miejscu. Z racji tego, że była to stolica (a nawet Stolica, czyli miasto z prawdziwego zdarzenia, a nie jakiś przaśny badziew, uzurpujący sobie to miano), postanowiłem wolny czas (głównie późne popołudnia) spędzić na poznawaniu jej uroków – słynnych miejsc, linii metra, odludnych zakamarków – tego, co zwykle. Przybywszy realizowałem pierwotne założenie – w miarę czasu i możliwości (bo zapraszający starali się dość usilnie zadbać o mój czas wolny – bym poznał wszystko, co najpiękniejsze). Mimo to dokładałem starań, aby poznać miasto na własną rękę, by – na ewentualną, niesprecyzowaną przyszłość – mieć w nim swoje miejsca i enklawy.
Właśnie po raz kolejny (ostatni, pracę bowiem wykonałem i zamierzałem wrócić do miejsca, skąd przyjechałem, wiadomo sesja i te sprawy) samotnie przemierzałem ulice, kiedy – jak praktycznie zawsze – w końcu zagnało mnie w okolice opery (w każdym mieście zawsze mnie tam niesie). Przechodziłem przejściem podziemnym (wiodącym ku metru), gdy moich uszu dobiegł śpiew.
Poczułem się dziwnie. Nawet bardzo. Było to nieznane doznanie. Z jednej strony była to regularna aria z sopranem koloraturowym, która sprawiła, że wszystko we mnie chciało łkać. Z drugiej jednak akompaniamentem była wersja quasi-karaoke z telefonu („cwaniaka”). Miks podobny do zmieszania w pralce spirytusu z piwem i spicie tego na spuście wody z węża – choć dla kogoś mniej czułego muzycznie byłoby pewnie to raczej jak zapicie wódki browcem, czyli coś, co spokojnie można przeżyć. Nawet bardzo, jak się przekonałem potem widząc ilość nazbieranej kasy. Do tego coś jeszcze, co sprecyzowane słowami: „bardzo niepokojąco znajome”, nie oddawałoby nawet cienia torsji, które wstrząsnęły moim umysłem. I znowu – torsje są tylko określeniem stanu, nie uczuć. Bo te ostatnie były raczej przyjemne. Tylko to nieuchwytne uczucie déjà vu. I nie miało znaczenia, że nigdy wcześniej nie słyszałem tej arii wyśpiewanej inaczej niż w ramach opery.
Mimo to pomyślałem tylko: w końcu śpiewać każdy może, i ograniczyłem się do przelotnego spojrzenia. Nie dostrzegłem wiele, bowiem był to raczej niezbyt ciepły lutowy dzień i sopranistka była dość szczelnie opatulona kapturem. Przystanąłem, a że – jak zwykle – nie śmierdziałem groszem (bo i po co mi on – jakoś zauważyłem, że mając go jestem bardziej nieszczęśliwy) to i nie chciałem się otwarcie wsłuchiwać (czułbym się zobligowany do rzucenia bilonu). Zastosowałem stały wybieg pt. rozwiązana sznurówka.
Siłowałem się już na tyle długo, że zdążyłbym zawiązać połowę butów w obuwniczym z dość bogatym asortymentem (mimo kiepścizny płynącej z „mądraka”, jej głos pieścił uszy, potem zresztą przerzuciła się na nowszy repertuar), kiedy nagle ktoś do mnie zadzwonił z Polski i po polsku zacząłem rozmawiać. Trwało to zresztą tylko chwilę.
Kiedy skończyłem zza pleców dobiegł mnie głos.
— Morgan?
Odwróciłem się, a tam naprawdę przepiękna panna taksuje mnie wzrokiem.
— To naprawdę Ty? Nie poznałabym Cię, gdyby nie Twój głos. A przynajmniej nie od razu i nie tutaj.
Ja wręcz przeciwnie – ujrzawszy, od razu Ją rozpoznałem, bo i też wyglądała w zasadzie identycznie, jak w ciągu naszego kilkumiesięcznego wspólnego życia.
— O, cześć … (tu zwróciłem się do Niej Jej imieniem). Byłem przekonany, że nigdy więcej Cię nie zobaczę. Powiem więcej, chciałem, by to nie nastąpiło.
— Oj, Morgan, proszę, nie psuj od razu spotkania po latach. Wieki całe nie spotkałam nikogo znajomego, podaruj mi, proszę, choć parę chwil bez nienawiści.
— Nienawidzić Cię? Oszalałaś? Po prostu bolą mnie wspomnienia Ciebie i moich czynów. Przepraszam, oczywiście, że możemy sobie podarować parę chwil, skoro już się spotkaliśmy. Znasz tu jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy sobie bezstresowo przysiąść?
— Znam. Bezstresowo i nawet całkiem intymnie. I niedaleko. Niestety MD nie mają.
— Pamiętasz to jeszcze?
— Pewnie. Dziwi Cię to?
— Zaskoczyło. Nie sądziłem, że możesz być sentymentalna.
— Może po prostu nie poznałeś mnie aż tak dobrze?
— Może. Tak czy owak, nie ma problemu – w knajpach nie pijam takich napitków, zresztą w ogóle dawno już nie piłem tego napoju. To co? Chodźmy zatem.

* * *

Faktycznie, knajpka ulokowana była nieopodal. Z innych jej zalet podałbym, że była klimatyczna i mocno dyskretna. Wzięliśmy po browcu i siedliśmy na kanapie w najdalszym kącie, gdzie przed oczyma ewentualnych ciekawskich chroniły nas także przepierzenia.
— Masz może fajkę?
— Rzuciłem na trzydzieste urodziny.
— Ty? Nie wierzę... Przecież zapożyczałeś się, by kupić paczkę, oddałbyś wszystko za fajkę. Aż mi się przypomniało nasze pierwsze spotkanie, tam w „Jagnie” na korycie. Wiem, że Ty nie pamiętasz – nic dziwnego, byłeś totalnie zalany. Wracałeś skądś, pewnie z baru, siedziałam po ciemku i rozmyślałam. Widząc tylko żar mojej fajki poprosiłeś o jedną. Miałam tylko tę, którą paliłam, a byłam wykończona i nie chciało mi się iść do pokoju, więc powiedziałam, że nie mam więcej. To Ty – słysząc po głosie, że mówi panna – poprosiłeś o parę buchów z tej i jako kompensatę zaproponowałeś, że zrobisz mi dobrze. Że zrobisz cokolwiek sobie zażyczę, tylko bym Ci dała ściągnąć chmurę czy dwie. Jak mogłam odmówić takiej prośbie? Choć oczywiście stwierdziłam, że dam Ci pojarać bez żadnych dodatkowych warunków. Ta determinacja (bo przecież nie widziałeś kto stoi vis-à-vis Ciebie) na tyle mnie rozwaliła, że skoczyłam do pokoju i przyniosłam Ci całą. A potem, kiedy w świetle zapalniczki zobaczyłeś moją twarz zacząłeś te swoje teksty o tym, że jestem piękna i tak dalej.
— Bo byłaś. I jesteś. Nawet po upływie tych wszystkich lat.
— Naprawdę? Dziękuję. A co do tych lat...
— Właśnie, słyszałem, że byłaś w Londynie...
— Też, a także w Paryżu, Madrycie, Barcelonie i w paru innych miastach.
— Słyszałem też, że – hmm, jakby to ująć... – sprzedawałaś możliwość korzystania ze swych wdzięków?
— Nie do końca – jeśli tak to ujmujesz – sprzedawałam tylko możliwość ich oglądania na żywo. Przyznam, że to Ty, a raczej Twój zachwyt moimi piersiami, mnie do tego natchnął. Co jeszcze o mnie słyszałeś?
— Nic. Potem już nigdy nie spotkałem nikogo z Twoich znajomych.
— O Tobie też opowiadano niestworzone rzeczy, że ukrywając się przed wojskiem zamelinowałeś się na dwa lata w akademiku, że jechałeś do UK w bagażniku, jak znam ciebie to pewnie i tak większość z nich pozostała tajemnicą.
— Cóż, zdarza się...
— A wracając do Londynu – wiesz, że parę lat temu nawet Cię tam widziałam?
— Naprawdę?
— Tak, nieopodal Victoria Station.
— I co? Nie zagadałaś?
— Szedłeś z przyklejoną do siebie laską. Nie sądzę, byś chciał wówczas ze mną rozmawiać. Bardzo Cię absorbowała. To była moja następczyni?
— Tak...
— Cóż to za westchnienie? Skrzywdziła Cię? Zraniła?
— Nie, nie. Była cudowna. Zmarła niedawno. W sumie niby półtora roku wcześniej, a przedtem nie byliśmy ze sobą już cztery lata, ale to i tak boli. Wiesz, że zostawiła mnie, gdy dowiedziała się o chorobie? Do końca Jej życia utrzymywaliśmy kontakt – listowny, bo została tam – a nigdy mi o niej nie napisała.
— Przykro mi. Wybacz.
— Nic się nie stało, to ja przepraszam za te niezbyt zapewne absorbujące Cię szczegóły. Zmienimy temat?
— Oczywiście. Powiesz mi, co się z Tobą działo przez te wszystkie lata?
Zacząłem więc opowiadać. Była na tyle zainteresowana, że to była naprawdę długa opowieść. W jej trakcie śmiała się i płakała ze mną, wręcz spijała słowa z mych ust. Potem Ona opowiedziała swoje losy, głównie zasmucające – zrobiło się mi tak przykro, że nie ułożyło Jej się życie w zasadzie w ogóle. W paru miejscach urwała opowieść – po prostu nie miała siły dalej mówić, jakby bała się brnąć w to bardziej, widać było, że chciała te wydarzenia wyrzucić z pamięci już na samym początku i nigdy z nikim się nimi nie dzieliła. Oczywiście w żaden sposób nie naciskałem, ani nawet nie próbowałem wyciągnąć tego z Niej. Większość, jak sądzę, istotniejszych zdarzeń mi przedstawiła. To temat na inną opowieść i przedstawianie tego tutaj nadmiernie spłyciłoby obraz, albo – w przypadku nadmiernego wdania się w szczegóły – zakłóciłoby narrację; jeśli życie mi pozwoli, może kiedyś doczeka się własnej historii. Następnie jednak na nasze twarze powrócił uśmiech, gdy wspominaliśmy wspólne chwile.
W międzyczasie zdążyła zapaść noc, a my w pewnej chwili poczuliśmy znużenie miejscem, choć nie sobą. Zapytała, gdzie się zatrzymałem. Gdy usłyszała odpowiedź, powiedziała:
— To strasznie daleko, może przenocujesz u mnie? To niemal tuż za rogiem.
— Jesteś pewna, że tego chcesz?
Zaśmiała się swoim perlistym, tak dobrze mi znanym, śmiechem i powiedziała:
— To „tego” można różnie rozumieć, ale oczywiście, że tak. Gdybym tego nie chciała, nie proponowałabym, znasz mnie.
— W takim razie dopijmy i chodźmy.
Tak też uczyniliśmy. Po drodze weszliśmy jeszcze do mijanego sklepu, niestety naszego MD nie było, więc poprzestaliśmy na kupieniu paru browców i kilku sztuk innego artykułu pierwszej potrzeby w takiej sytuacji. Potem już bez przeszkód udaliśmy się do Niej. Mieszkała przyznać trzeba całkiem przyjemnie i wygodnie. Przyjemnie i miło spędziliśmy też większą część nocy. Nawet bardzo przyjemnie i bardzo miło.
Nad ranem nasze zmęczone ciała ogarnął sen.

* * *

Rano obudził mnie Jej cudowny głos, w postaci śpiewu, a właściwie Śpiewu. Pieścił on moje nieco już odwykłe od słuchania tak cudownych dźwięków uszy. Poczułem przemożną chęć, nie dające się wręcz ugasić pragnienie, by trwał i trwał, bez końca, by potężniał w moich spragnionych uszach, bym zatracił się w nim. Był na tyle niesamowicie piękny, że pokonałem chęć udania się do jego źródła (dochodził z łazienki, dokonałem więc założenia, że artykułująca go dokonuje ablucji, co – jak pamiętałem – było nieziemskim widokiem), poprzestając na kontentowaniu się leżeniem w łóżku i chciwym pochłanianiem każdej nuty.
Jak wszystko, co piękne, i to musiało się skończyć – by sięgnąć po banał. W pewnym momencie pieśń przestała płynąć, a po chwili w drzwiach ukazała się Ona. Widząc, że się obudziłem, przywitała mnie tym swoim cudownym uśmiechem, choć na Jej twarzyczce malowało się także delikatne poczucie winy. Podeszła, położyła się obok mnie i wtuliła we mnie. Po dłuższej chwili cieszenia się Jej ciepłem zdecydowałem się poruszyć kwestię, która nurtowała mnie od czasu ponownego spotkania.
— Masz doskonały głos, musiałaś się gdzieś uczyć i to naprawdę profesjonalnie. Jak to się stało, że o tym nie wiedziałem?
— Nie śpiewałam, gdy byliśmy razem, w sumie tylko wtedy. Przede wszystkim dlatego, że Ty – jak mówiłeś – krótko wcześniej straciłeś głos. Sądziłam, że sprawiłoby Ci to dodatkowy ból. A uczyłam się od wczesnego dzieciństwa.
— Dlaczego przerzuciłaś się na śpiewanie? Oczywiście śpiewasz przepięknie i urzekająco, nawet z tym tragicznym podkładem, jednak z pewnością – mimo wszystko – wyciągasz bez porównania mniej.
— Sam wiesz, że kasa nie jest najważniejsza. Ale to banał bez pokrycia. Skoro pytasz, postaram się zaspokoić Twoją ciekawość, choć będzie mnie to bardzo bolało.
— Przepraszam, nie mam zamiaru wywoływać w Tobie przygnębiających wspomnień. Zapomnij, proszę, o tym pytaniu.
— Nie, masz prawo wiedzieć. A co do mnie – poboli i przestanie; mam na myśli ból związany z opowiadaniem. Bo i tak to ciągle boli. Pracowałam tak już niezły kawałek czasu, jednak w pewnym momencie poczułam obrzydzenie – do tych obleśnych, śliniących się gości, dla których byłam tylko przedmiotem, obiektem pożądania, i do siebie, że gdy któryś próbował posunąć się dalej, to zamiast go z całych sił uderzyć czy kopnąć, odsuwałam się. A potem... potem... pewnego dnia... zostałam zgwałcona, Dość brutalnie... Broniłam się, ale ich było zbyt wielu...
W miarę mówienia zaczęła płakać, by na koniec zanieść się szlochem i wtulić się w moją pierś. Objąłem Ją i zacząłem gładzić Jej włosy. Przywarła jeszcze mocniej, ale płacz zaczął cichnąć i tylko od czasu do czasu wstrząsał Jej ciałem.
— Przepraszam, ale nie chcę więcej o tym mówić... Obudziłam się w szpitalu... Okazało się, że po prawie miesiącu...
Te słowa aż mnie zmroziły, były tak przepełnione bólem, wstrętem i żalem. Zamilkła, chyba mając dość wspomnień. A przynajmniej nie dałem Jej szansy na kontynuację, bo mocniej Ją przytuliłem, chcąc dodać Jej otuchy i sprawić, by czuła, że nie jest sama. Poczułem, że z ulgą się tuli, a potem zapragnęła odwzajemnić moje wsparcie.

* * *

Gdy już trochę się pocieszyliśmy sobą w teraźniejszości, raz jeszcze powróciłem do przeszłości – pokazałem Jej opowiadanie, które napisałem o relacji z Nią. Na czas Jej czytania pojechałem po rzeczy – wynieść się z lokalu, który zajmowałem (musiałem uczynić to w godzinach bardzo – podług moich norm – porannych).
Kiedy wróciłem, okazało się, że zdążyła także przygotować śniadanie. Zjedliśmy je nieco później w pokoju, bo ogólnie zgłodnieliśmy. W jego trakcie powiedziała:
— To, co napisałeś, jest piękne, naprawdę dawno nie czytałam czegoś tak poruszającego, zawsze miałeś talent. Wiesz, że podoba mi się, mimo że odmalowałeś mnie w niezbyt dobrym świetle? Muszę jednak przyznać, że ująłeś to prawie doskonale. Dobrze, że z mojej spowiedzi na koniec – wiesz, tej w szpitalu – pousuwałeś wszystkie przerwy, gdy zbierałam myśli. W ogóle to miałeś szczęście, że mogłeś to tak ładnie zakończyć, bo od tego nieudanego Sylwestra cały czas myślałam o naszym związku, napisałam nawet do Ciebie maila, ale wiedziałam, że i tak nie miałbyś go gdzie odczytać, a pisałam tak długo i czytałam tak wiele razy, że w końcu znałam go już niemal na pamięć.
Na moment zamilkła, jakby zastanawiała się, czy to powiedzieć. Po chwili zauważyłem na Jej twarzy pewną mieszaninę zrezygnowania i zdecydowania oraz ulgi, po czym podjęła:
— Wiesz, tak sobie myślę, że do opowiadania powinieneś dodać też Zemstę III.
— Co masz na myśli?
— Pamiętasz, jak spotkaliśmy się przypadkiem w parę miesięcy później, dzień po wyjeździe Twojej laski, jak mnie wówczas poinformowałeś?
— Pamiętam. Będę mieć wyrzuty do końca życia, ale nie mogłem się oprzeć Twoim piersiom.
— Wyrzuty? Przecież jej nie zdradziłeś, chociaż robiłam wszystko, co mogłam, byś to zrobił – ale rozpaliłeś mnie do tego stopnia, że znów straciłam dla Ciebie głowę. A potem ni stąd, ni zowąd zerwałeś kontakt; wyjechałeś, przestałeś odbierać telefon, nie odpisywałeś na maile. A ja zostałam z rozpalonym Twoim dotykiem ciałem, do tego z myślami, że popełniłam największy błąd w swoim życiu, bo może to jednak Ty byłeś tym kimś na całe życie. I tak mijały tygodnie, potem miesiące, w międzyczasie dowiedziałam się, że Twoja panna wróciła z zagranicy, tylko dla Ciebie zresztą. Nie chciałam Ci już zawracać głowy, dlatego nawet Hrabiego... odebrałam od Ciebie przez przyjaciółkę. To też paradoks nie sądzisz? Kiedyś zazdrościłam jej jego uczucia, potem jeszcze bardziej tego, że w ramach Twojej, a raczej mojej, zemsty miała możność spędzenia z Tobą nocy. Ale potem obie waletowałyśmy u wspólnej koleżanki i mocno się zakumplowałyśmy, do tego stopnia, że stała się moją przyjaciółką, jedyną w tamtym czasie. Bardzo się cieszyłam, że w końcu się to tak ułożyło, że zaczęli być razem, ona z nim. To ja ją namówiłam, by skontaktowała się z Tobą, gdy byłeś w Anglii, abyś wyjaśnił jej ostatecznie, że z nią nie będziesz. Bo mimo tego, że minęło parę lat, wciąż miała nadzieję, że może jednak pewnego dnia będziecie razem. Z tego co wiem, do dzisiaj żyją razem.
— Wiem, spotkałem ich parę lat temu, gdy zawitałem do Poznania. Nie wiedziałem, że to Ty stałaś za tym, że się ze mną kontaktowała.
— Chciałam po prostu, by pozbyła się złudzeń. Chyba pragnęłam też tego samego dla siebie samej, ale wiedziałam, że nie chcesz się kontaktować, chciałam Ci pozwolić zapomnieć. Choć mijały miesiące, a potem lata, a ja wciąż nie mogłam zapomnieć Twojego dotyku, Twoich pieszczot i Twoich słów – tych zachwytów mną. Byłam na maksa na Ciebie napalona. Zresztą praktycznie zawsze tak na mnie działałeś. I działasz.
— To samo mogę powiedzieć o Tobie i sobie. Nikomu innemu nawet nie pozwoliłem się dotknąć w czasie, gdy byłem w związku, nie tylko z Nią – ale i wcześniej, z Tobą, a także w późniejszych. Ale z Tobą było inaczej. Choć potem moje wyrzuty sumienia były na tyle wielkie, że nie chciałem już dać sobie szansy na jakikolwiek fizyczny kontakt z Tobą – nawet objęcie się, również dlatego, że bałem się, iż nie potrafiłbym Ci się już oprzeć. Opamiętanie przyszło dosłownie w ostatniej chwili, pamiętam chwilę, gdy zdałem sobie sprawę, że już nawet moje palce tam zawędrowały. W ogóle to byłem zaskoczony, bo dawno nie pamiętałem Cię tak rozpalonej, jak wtedy, jeśli w ogóle. Czym prędzej więc uciekłem, obawiałem się też – wybacz – że możesz chcieć próbować ingerować w mój związek. A potem naprawdę robiłem wszystko, by zapomnieć o tych kilku naszych spotkaniach, chciałem to – jak to ująłem w jednym wierszu, o kim innym – zamknąć w pamięci grobie. Napisałem nawet o tym wiersz, choć jeszcze go nie opublikowałem. Zresztą – wspominanie o tym zburzyłoby całą kompozycję.
— Jasne, kompozycja ważniejsza od prawdy.
— Sama pomyśl, jakie byłoby to efekciarskie. Cała historię przedstawiam siebie w świetle własnej niemocy, by na koniec – w cudowny sposób – okazać się bogiem (przynajmniej pomniejszym). Zresztą i tak inne opowiadania zbyt często pokazują mnie, jako wyjątkowo biegłego w uprawianiu miłości, a czy taki jestem? Wątpię.
— Morgan, nie osłabiaj mnie. Ja nie spotkałam nigdy więcej, ani nawet nie słyszałam o kimś, kto potrafiłby zaspokajać laskę przez przeszło dwadzieścia godzin bez przerwy, a w zasadzie z trzema czy czterema przerwami, na fajkę lub ubikację. Ależ byłam wtedy poobcierana. Za to ludzie, których poznałam, nie mieli zazwyczaj nawet dziesiątej części Twoich umiejętności, a przechwalali się, jakby byli bogami seksu. Zresztą po tych jedenastu latach muszę tylko na plus ocenić Twój kunszt, bo wówczas jednak znacznie mniej koncentrowałeś się na partnerce, przynajmniej w moim przypadku, i byłeś znacznie bardziej niecierpliwy.
— Tylko, że jakiś czas temu moja psychika znowu znalazła się niebezpiecznie blisko nadiru, głównie przez ten nieudany związek, w którym od pewnego dnia nie mogłem już utrzymać odpowiedniej konsystencji, bo w jakimś momencie zawsze mi siadała psycha. Zresztą, nigdy nie zaliczała się ona do moich silnych stron, czego sama doświadczałaś kiedyś.
— Widzę, że ten związek mocno zrył Ci pod czachą, skoro do niego wciąż wracasz. Wiedz, że nie sądzę, by wina za to, że był nieudany, leżała po Twojej stronie. Na pewno nie w takim stopniu, w jakim próbujesz to przedstawić.
— Bo to trochę jak z Tobą kiedyś. Pierwszy raz był całkiem udany, ale potem było coraz gorzej. I w sumie nigdy nie doprowadziłem jej do stanu, w którym kobieta czuje się Boginią w chwilę po stworzeniu świata. Kurwa, nigdy nawet nie miała ze mną wielokrotnego orgazmu!
— Wow. Musiała to być dla Ciebie nowość.
— No właśnie nie, jakieś dwa lata przed nią byłem (w sumie z jej powodu, tego jak mnie po raz pierwszy potraktowała) w krótkiej relacji z laską, która ze mną nigdy nie doszła, chociaż naprawdę się starałem – ilu znasz gości, którzy mogą robić to dwie godziny bez przerwy? A zdarzało się mi dłużej, a ona ledwo czasem jęknęła, jakby zaczynała się podniecać, a raczej dopiero rozbudzać. To była po prostu masakra. Jeszcze pewnego dnia, tak ni gruchy, ni z pietruchy, stwierdziła, że z poprzednim swoim facetem nie miała problemów z dojściem. Wyobrażasz sobie, jak mi to zryło łeb, nigdy potem nie udało się mi tak długo utrzymać na baczność. Inna sprawa, że ja również nigdy nie doszedłem z nią nawet do finału.
— Gdybym nie wiedziała, że zawsze mówisz prawdę, uznałabym, że mówisz mi po to, bym Cię pocieszyła i jeszcze raz pozwoliła Ci udowodnić, że się mylisz.
— Wiesz, z Tobą jest jakoś inaczej, chyba ta, jak to określiłaś, Zemsta III pozwoliła mi na wyluzowanie. Po prostu za każdym razem czuję, że ten raz da nam obojgu satysfakcję i mnóstwo radości, znam też Twoje oczekiwania i potrzeby. Nie wiem, jakimi słowami wyrazić to, co czuję. Może po prostu fakt, że poznałaś mnie zarówno od najlepszej, jak i najgorszej strony, więc już się nie rozczarujesz. Z innymi laskami zawsze się spalam – boję się, że coś nie wyjdzie, że znowu okażę się do niczego. Że się ośmieszę. To mnie paraliżuje. Sprawia, że działam jak automat, bez baczenia na własną przyjemność i w pewnym momencie podniecenie mnie opuszcza. A u faceta – jakby na to nie patrzeć – jest to jakby bardziej namacalne. Laski mają – przynajmniej w tym aspekcie – łatwiej, zawsze mogą dociągnąć do końca po prostu udając. Oczywiście dobry obserwator w lot to zauważy, ale niewielu facetów się do nich zalicza.
— Generalizujesz, ale rozumiem, co chcesz powiedzieć.
— W każdym razie, jak mówi porzekadło: mało mleka daje krowa, która dużo ryczy. I po co mi taki wizerunek? Mam na myśli gościa super w łóżku. Nawet jeśli pojawiałby się tylko w moich myślach, rzutowałby na moje słowa, a to sprawiałoby, że spalałbym się przy kolejnych relacjach. To z kolei podważałoby moją wiarygodność. W dalszej zaś kolejności ustawiłoby mnie w jednym rzędzie z tymi wszystkimi erotomanami-gawędziarzami. Więc, jak to mówią: sorry, I don’t buy this shit.
— Bo tak, jasne, Morgan przejmujący się opiniami innych. Sorry, to ja nie kupuję tego chłamu. Zawsze twierdziłeś, że prawda jest najważniejsza i uświęca wszystko.
— Owszem, nawet niedawno starałem się wypracować w swoim systemie moralno-egzystencjalnym jakąś konstatację w tej kwestii. Bo, racja, kiedyś bezkrytycznie wierzyłem, że prawda jest najlepsza. Nawet kiedy zobaczyłem najgłębszą rozpacz w oczach jednej i przeczytałem napis na nagrobku drugiej, nie zachwiałem się w tej wierze. Obie zapoznałem z prawdą, bo sądziłem, że to najlepsze. Miały jednak na ten temat inne zdanie. Co ciekawe, obie te sytuacje miały miejsce przed pierwszym spotkaniem z Tobą. Potem doszło jeszcze kilka spraw, w tym najważniejsza – Twojej następczyni. Dużo nad tym myślałem – i wcześniej, po rozstaniu, i później, już po Jej śmierci. Starałem się zrozumieć Jej postępowanie i chyba – przynajmniej w jakimś stopniu – się mi to udało. W dalszym ciągu uważam, że prawda jest ideałem, do którego należy dążyć, ale nie za wszelką cenę. Zresztą, zdaje się, że mocno odbiegliśmy od tematu. Mówimy o opowiadaniu, a licentia poetica pozwala mi na opisanie tego tak, by tworzyło to zgrabną i sensowną całość.
— Ale dajesz głodne kawałki. Opisujesz historię praktycznie taką, jaka jest, a pomijasz katharsis. Tak się nie robi!
— Ale wiesz, musiałbym dać całą otoczkę, motywację itd. A prawda ukazałaby całą małostkowość egoistycznego i egocentrycznego człowieczka niegodnego splunięcia nań. Bo prawda jest taka, że miałem do Ciebie żal i to on mną powodował. Najpierw chciałem udowodnić – myśląc o Tobie, choć pewnie bardziej o sobie – że jestem pełnoprawnym mężczyzną. Potem, gdy znowu potrafiłem rozpalać i gasić, chciałem dalej udowodnić, tym razem tylko Tobie – choć może dalej sobie – że każdą kobietę potrafię zaspokoić. A Ty? Cóż... psułaś mi statystykę.
— Co Ci psułam? Statystykę? Czego? Usatysfakcjonowanych panien? Daj spokój, nawet gdyby liczyć mnie za przykład nieudany, to ile by to było całości? 1%? Wtedy. Przecież nawet napisałeś o tym wiersz. Jak to było? Po setce kobiet, tysiącu stosunków? Mam go do dzisiaj, jak i wszystkie pozostałe, które dla mnie napisałeś. Wiem, że chciałeś, bym poczuła się wyjątkową, ale ja poczułam się jak jedna z wielu, tak wielu, że można to liczyć już na setki. W dodatku ostatnia, choć zapewne nie ostatnia w ogóle, by chociaż to dawałoby mi jakąś wyjątkowość. To było wstrętne. Dam Ci radę: nigdy nie mów takich rzeczy kobiecie, co do której masz plany. A takiej, co do której nie masz – tym bardziej. Ta w planach się zrazi, ta druga – obgada. W obu przypadkach tracisz. Było to też nieuczciwe. Wiem, że faceci często oczekują – będąc chronologicznie na dalszych miejscach – zapewnień, że lasce nigdy wcześniej nie było dobrze, względnie aż tak dobrze, ale laski – nie. Więź duchowa – tak, to zraża – ale niedopasowanie fizyczne? Z każdą, z którą byłeś wcześniej? To pozwala jej sądzić, że ją też tak podsumujesz kiedyś. Mniejsza z tym, jak to mawiałeś, wybacz, że Ci przerwałam.
— Na czym to ja?
— Mówiłeś coś o statystyce, że ją psułam. I o motywacji.
— A tak. Wybacz przedmiotowość, staram się nakreślić ówczesny obraz. Gdyby nie panna, która poderwała mnie po naszym rozstaniu, pewnie zalewałbym się żółcią i nienawiścią, by zniszczyć resztę mojego uczucia do Ciebie. A tak to sobie bytowało gdzieś pod skórą – miałem żal, bo nikt mnie nigdy wcześniej tak nie potraktował, potrzebowałem czasu, by to ogarnąć i zrozumieć. Sądzę też, że obraz Ciebie w tym opowiadaniu wcale nie jest niepochlebny... Wiesz... pisałem je prawie od czasu, gdy się rozstaliśmy – różne fragmenty, czasem parę słów, zdanie, czasem jakiś epizod. Gdy później podjąłem decyzję o napisaniu tego od A do Z, większość z nich nadawała się tylko do wyrzucenia – albo były nienawistne, albo totalną pomyłką, bo w ogóle nie potrafiłem zrozumieć swojej winy. Dopiero w rozpaczy w, jak się potem okazało, interludium najbardziej nieudanej relacji w moim życiu, potrafiłem zrozumieć, że Ty przy tym byłaś jak pieszczota – nęciłaś zmysły, ale i to wynagradzałaś. Ta konstatacja przyszła, gdy pozwoliłem jej mnie niemal całkowicie zniszczyć (co ciekawe – po raz pierwszy, i to paradoksalnie niezbyt mocny, w porównaniu z tym, co było potem, bo dawałem jej kolejne szanse). Wtedy poczułem, że dojrzałem i zrozumiałem na tyle, by napisać o Tobie. Przepraszam, jeśli sądzisz, że przedstawiłem Cię w złym świetle, na pewno nie było to moim zamiarem. Chciałem, jak Tacyt, choć w przeciwieństwie do niego z powodzeniem, opisać sine ira et studio tę historię, choć jednak nie do końca się mi to udało.
— Nie przejmuj się. Zresztą, gdy o tym mówisz, nie jestem już pewna, czy mam rację. To w sumie bez znaczenia, ważne jest to, że jesteśmy – Ty i ja, tu i teraz. I że jest nam dobrze.
Przytuliła się, a Jej usta w chwilę później odnalazły moje.

* * *

Po jakimś czasie odzyskaliśmy zdolność, by kontynuować rozmowę. Odezwałem się pierwszy.
— Wybacz, że nieco zmienię temat, tak w ogóle to dokonałem dwu obserwacji. Pierwsza jest taka, że miłość, czy zakochanie się, odbiera zdolność do racjonalnej oceny. Wybacz mi ten banał, ale stanowi on punkt wyjścia do konstatacji. Tak, jak napisałem w opowiadaniu o Tobie – nigdy nie spotkałem tak fantastycznych piersi jak Twoje. Gdy byłem z największą pomyłką mojego życia, sądziłem, że jej są wybitne, ale teraz wiem, że byłem w błędzie. Twoje są zdecydowanie najzajebistsze. Wtedy też zrozumiałem, że Twoje cudowne piersi to nie żadne tam DD, ale przyzwoite G czy raczej H z 65 w obwodzie pod. To w zasadzie ósmy cud świata, a może i pierwszy. I minęła dekada, a one ani się nie rozciągnęły, ani nie straciły swej jędrności, ani też nie postarzały się – ani chybi cud, jak nic trzeba Cię będzie kanonizować. Pomyśl, ile lasek by się modliło do świętej ... od Niewiędnących Cycków.
Oboje, jak na komendę, zaczęliśmy się śmiać. Gdy już się uspokoiliśmy, objąłem Ją i złożyłem im hołd. A potem ciągnąłem dalej.
— Ale wracając do tematu. Druga konstatacja jest znacznie bardziej smutna. Przed Tobą zachwycałem się tylko jedną laską, co czyni Was dwie. Trudno powiedzieć, która z Was skończyła gorzej, zresztą porównywanie mogłoby być deprecjonujące, Ona w każdym razie niestety już nie żyje. Po moim zniknięciu i wielomiesięcznym oczekiwaniu na mój powrót, zdecydowała się – jak Ty – utrzymywać ze swojego ciała, z tym że – w przeciwieństwie do Ciebie – została prostytutką. I krótko przed śmiercią, gdy Ją spotkałem, powiedziała mi, że to mój zachwyt Nią sprawił, że zdecydowała się na takie zarobkowanie, jako że czuła się seksowną. A wczoraj Ty – stwierdzasz to samo. Jeśli faktycznie to wyłącznie moja estyma dla Twych wdzięków skłoniła Cię do takiego sposobu zarabiania – wybacz mi, proszę.
— Nie mam czego. Nie przejmuj się, to była moja decyzja.
— Cieszę się. Wybacz mi też, że tak Cię potraktowałem, niby wybaczyłaś mi wówczas, ale całe lata nie dawało mi to spokoju.
— Wiesz przecież, że nie czuję do Ciebie urazy. Zresztą, jak mogłeś się domyśleć, nie żałuję bycia z Tobą... W sumie... mogę Cię o coś spytać?
Zawiesiła głos, a ja zrozumiałem, że padnie jedno z tych Bardzo Ważnych Pytań, najważniejszych w życiu człowieka.
— Oczywiście, zamieniam się w słuch.
— Nie chciałbyś spróbować jeszcze raz? Wiesz, często wracałam myślami do naszego związku, zastanawiałam się, czy była możliwość uratowania go i dlaczego właściwie się nie udało. Teraz oboje jesteśmy dojrzalsi, a ja wiem, że nigdy nie spotkałam takiego gościa jak Ty. I nigdy nie spotkam. Te lata pozwoliły mi zrozumieć, jak wspaniałym człowiekiem jesteś. I jak było mi z Tobą dobrze. We wszystkim.
Na chwilę zamilkła, jakby w zadumie, ale też z dającą się wyczuć tęsknotą i nadzieją, po czym podjęła.
— Tym bardziej, że w przeciwieństwie do poprzednich naszych spotkań, wyglądasz naprawdę świetnie. Wówczas byłeś wrakiem, pamiętasz, jak co chwilę łapały Cię skurcze, dyszałeś po paru chwilach? Aż się dziwiłam, że tyle wytrzymałeś – mówię o naszym pierwszym razie, a raczej pierwszych razach. Nigdy nie zapomnę tych godzin. Ale potem było już znacznie gorzej – dochodziłeś coraz szybciej. Nie wypominam Ci, opisuję tylko Twój fizyczny stan. Teraz jesteś zadbanym, naprawdę przystojnym mężczyzną. I gdyby nie fakt, że byłam z Tobą przed przeszło dekadą, gdy dopiero wchodziłam w dorosłość, a za Tobą już wtedy było ćwierć wieku, nigdy bym nie uwierzyła, że możesz mieć tyle lat. Wybacz, zabrzmiało to tak, jakbyś miał ich naprawdę wiele. A przecież przed Tobą jeszcze sporo dziesięcioleci. Marzyłabym, byś spędził je ze mną. A teraz wybacz, muszę udać się do ubikacji.
W trakcie tych kilku Jej kroków do łazienki zacząłem myśleć nad Jej słowami. Na dobrą sprawę zaskoczony nie byłem, w końcu czułem, że jest Jej dobrze i że jest zadowolona. Co więcej nie były to odczucia jednostronne. Jeszcze widząc Jej plecy i znajdujące się poniżej krągłości rozmarzyłem się i zapragnąłem, by to nigdy się nie skończyło. Nawet wyszeptałem, ciszej niż najlżejszy dech wiatru, tę przesłynną kwestię: Verweile doch! Du bist so schön! – niekoniecznie mając na myśli tę chwilę.
Było mi tak cudownie; przyznam, że nie pamiętałem już tak upojnych chwil. Ostatni raz chyba z moim peszteńskim Słońcem, choć trudno i chyba niezbyt uczciwie byłoby to porównywać. W każdym razie lata całe. W dodatku była taką, jaką zawsze chciałem, by była. Taką, jaką Ją zapamiętałem z tych naszych najlepszych dni. Zarówno z zachowania, jak i z ponętności. I czułem, że tak bardzo Jej na mnie zależy, że naprawdę wszystko może się jeszcze ułożyć. Że w końcu znalazłem tę moją bezpieczną przystań, która tylko czeka, bym zarzucił w niej swoją kotwicę. Naprawdę czułem się szczęśliwy i chętny, by żyć.
Potem jednak przyszła refleksja i opamiętanie. Przecież raz nam się nie udało. To jedno. Drugie, że miała już przeszło trzydzieści lat. Trzecie, że chociaż w dalszym ciągu bardzo się mi podobała i kręciła mnie – była to fascynacja czysto seksualna. Ale po chwilowej analizie doszedłem do wniosku, że już Jej nie kocham i raczej nie pokochałbym, a na pewno nie zaufałbym. Zresztą, czy Jej deklaracje były prawdziwe?
W tej właśnie chwili zdecydowała się wrócić. Usiadła obok mnie i spojrzała w moje oczy, a potem powiedziała cicho, przepełnionym smutkiem głosem:
— Wiem, że zrozumiałeś, że nie chcesz być ze mną. Nie musisz potwierdzać, widzę to w Twoich oczach. Ujrzałam to zresztą dopiero przed chwilą, gdy wróciłam. Ale przemyśl to, proszę, jeszcze. Ja zaakceptuję każdą rolę, jaką mi przypiszesz – partnerki, kochanki, odskoczni czy czegokolwiek.
— Przemyślę. Możesz być tego pewna. Ale pomijając inne rzeczy – tak sobie pomyślałem, że po pierwsze wcale nie jestem dojrzalszy, sądzę, że wręcz przeciwnie, od lat wiążę się z nastolatkami – na legalu, żeby nie było – bo pozwala mi to jakoś funkcjonować, bez tych wszystkich schiz typu: „warto by to zalegalizować”, „wszystkie moje koleżanki już mają dzieci” itp. szajsu. A po drugie – teraz gadałbym co chwilę o tej zasranej pomyłce i o Tej, która umarła – zamiast jednej byłyby dwie – ot, promocja od życia-zużycia. A co jest z nimi związane, nie wiem, czy mógłbym Ci dać jakąkolwiek namiastkę uczucia, czy tylko bym Cię skrzywdził, jak ostatnią moją pannę. Ale z pewnością będę o tym jeszcze myślał.
Następnie znów porzuciliśmy konwersację na rzecz ponownego sobie siebie przypomnienia. Po wszystkim utuliłem Ją do snu. Gdy weszła mniej więcej w fazę REM, po raz ostatni złożyłem pocałunek na Jej gorących ustach, zebrałem rzeczy i napisałem krótki list. Podziękowałem w nim i za wszystko, życząc Jej jak najlepiej. A następnie wyszedłem, całą drogę na dworzec znacząc łzami wielkimi jak ziarna grochu.

* * *

Zdarzenie to, zamiast – jak to miałoby miejsce w przypadku większości facetów – wbić w dumę, unieszczęśliwiło mnie. Do tego po dwakroć. Po pierwsze nim samym – że odrzuciłem, coś upragnionego, coś, co było zaproszeniem, biletem wstępu do raju. Po drugie konstatacją, która z całą wyrazistością dotarła dopiero, gdy spisywałem zatrzymane w umyśle słowa – że nigdy już nie będę szczęśliwy, że nie osiągnę już satysfakcji seksualnej z inną panną. Że byłoby lepiej, gdybym był sam, bo i sam szczęścia nie dam.
Wciąż czuję (i zapewne będę czuł przynajmniej bardzo długi czas) wyrzuty sumienia, że tak Ją potraktowałem, jednak nie zniósłbym Jej pełnego bólu i smutku wzroku. Tym bardziej, że ofiarowała mi największy dar, jaki miała. I nie oczekując w zamian w zasadzie niczego.
Boli to tym bardziej, że wiem, iż w moim sercu nic się nie zmieniło, wręcz przeciwnie, moje uczucie do Niej się spotęgowało. Po raz pierwszy w życiu mam tę pewność, że kocham kogoś nad wszystko inne na świecie – Ją. I że zawsze będę kochać. Że pragnąłbym, by zawsze budziła mnie swoim nieziemskim śpiewem, a ja szeptałbym Jej – oczywiście potem – do ucha wyrazy mojego uwielbienia, że marzę tylko o tym, by zasypiała, tak jak zwykła zasypiać – wtulona we mnie, z wracającym do normy oddechem, po wyczerpującym boju.
Wiem jednak, że potrafię tylko niszczyć, że zaznałaby ze mną zbyt wiele bólu. Bo ja już nie nadaję się do życia z kimś, a zwłaszcza z Kimś. Może lepiej – dla Niej – byłoby, gdyby mogła się o tym przekonać, stwierdzić, że Jej uczucie do mnie, w konsekwencji moich czynów, wygasło. Doszedłem jednak – nie pierwszy raz – do wniosku, że lepiej skrzywdzić, niż krzywdzić.
Mam nadzieję, że mi to wybaczy, a przede wszystkim, że będzie miała lepsze życie, niż miałaby kiedykolwiek ze mną. Z całą pewnością jest tego warta.
Jak napisałem w liście: Za wszystko bardzo Ci dziękuję! Życzę Ci, byś zaznała prawdziwego szczęścia. Zasługujesz na nie! Żegnaj!
02.2016