OmnipotentiaS MorganuS

 

Incubo et somnium noctis

Idę trawnikiem na Malcie, pośród dziesiątek majaków szukam tej, z którą się tu umówiłem. Jest ciemno, więc – by ułatwić sobie kontakt – założyłem noktokulary, które dziś nabyłem i właśnie nadarzała się okazja, by je przetestować.
 
W pamięci zamajaczyło mi wspomnienie – niedawno wynaleziono, czy raczej wymyślono coś jak okulary – sprzęt, który pozwalał się kontaktować z osobami bez pośrednictwa żadnego innego medium – druga osoba nie musiała posiadać niczego – sygnał łapany był na podstawie zgęstnień materii posiadającej tzw. duszę (jednym z czynników był (świadomy) przepływ myśli). Takie obiekty pokazywało jak w świetle noktowizora, tylko na ciemnym tle jako jasnoszare ew. bielejące zbitki materii – jak bardzo rozmazane sylwetki.
I nagle zaczęły się problemy. W pierwszych dniach nastąpiła fala zachorowań psychicznych i samobójstw, oraz ogólny wzrost przemocy. Okazało się, że widoczne są także duchy, co więcej jest ich mnóstwo. Najbardziej przerażające było to, że dało się odczuć ich emocje, a nawet nawiązywać coś na kształt kontaktu. Tyle, że na ogół były one przepełnione wściekłością i gniewem oraz żalem, że to on nie zaś noktokularzysta nie żyje.
 
Założywszy zobaczyłem setki rozmazanych plam.
Cicho, tonem, który znasz, wymówiłem Twoje cudowne imię. Od tak dawna zresztą nie wymawiane.
Otrzymałem kilkanaście odpowiedzi.
 
Wtem napłynęła pierwsza plama. Choć raczej widmo byłoby określeniem bardziej odpowiednim. Napłynęło i objęło mnie w posiadanie. Nie mogłem się poruszyć, a jej – widma – oczy przeszywały mnie na wskroś; zatraciłem realność bytu. Poczułem niewyobrażalny, przenikający ludzkość od końca do końca lęk. Bałem się tak, że inne sny odeszły w niepamięć. A przecież nawet nie życzyła mi źle. Przeklinała kogoś z kim była, zazdrościła osobie, którą wzywałem. Wyczułem, że ktoś bardzo ją krzywdził, choć nawet nie przyczynił się do jej odejścia. Mimo to łaknęła zemsty. Patrzyła we mnie, a w jej wzroku była taka nienawiść, że osłabłem i nie mogłem powstrzymać jej przed wniknięciem w mój umysł. Dowiedziałem się, kim był jej ukochany i co jej zrobił.
Pomyślałem sobie, że przy tym moje krzywdy są z wyjebanego kosmosu – z zupełnie innej rzeczywistości. A ja prze tyle lat błogosławiłem tych, którzy mnie krzywdzili. Nawet ją – która skrzywdziła mnie jak nikt inny – rozstając się błogosławiłem. Dziś nie potrafiłbym jej życzyć nawet niczego dobrego. Pomyślałem sobie, jak będę przeklinać ją, a potem, że to bez znaczenia – nigdy już (nawet duchem) nie będziemy przebywać w tym samym miejscu, choć byłem gotów na wszystko, byle tylko była szczęśliwa. Nie była, ale nie sądzę, by odium winy spoczywało po mojej stronie. Po prostu – za bardzo się starałem. Doceni to z czasem – w latach, w których mnie (na szczęście) już nie będzie.
Mimo swej nienawiści pozdrowiła mnie.
Potem napłynął duch osoby, która mnie kiedyś tam kochała, o czym dowiedziałem się kilka lat później, gdy już było za późno na cokolwiek. Miała inaczej na imię, jednak najwyraźniej poznała mój głos.
— A mnie (tu użyła patronimika, który mi niegdyś nadała) pamiętasz?
Zapytała, a ja zmartwiałem słysząc – poznałbym ją nawet po samym głosie.
— Nie bój się, za nic nie będę Cię przeklinać. Choć wówczas zachowywałeś się trochę jak cipa. Ale to było Twoje niedoświadczenie. Nie martw się niczym, a przynajmniej mną. Ja zawsze będę Ci życzyć jak najlepiej. I powiem Ci coś jeszcze – czego mi nie wolno, ale trudno – kara i tak będzie niczym w porównaniu z tym, co czułam każdego dnia, gdy Ciebie nie było – nikt tutaj Ciebie nie przeklina. Znaczy byłeś całkiem dobrym człowiekiem, bo tu rzadko się to zdarza.
— Wiesz, większość tych, których moje życie dotknęło na tyle, że mogliby czy raczej mogłyby życzyć mi źle, jeszcze żyje.
— Klątwy trafiają tu niezależnie od tego, czy ich siewca żyje. O ile wiem – a trochę interesowałam się Tobą – żadna tu nie trafiła.
Po czym zawahała się na moment.
— No, owszem... parę razy zdarzyła się, ale szybko została odwołana.
Następnie stwierdziła, że nie będzie mi już przeszkadzać w spotkaniu, z osobą, z którą się umówiłem, podziękowała mi, że poznała, co znaczy kochać i czym jest prawdziwa miłość, I nawet to, że odebrała sobie życie z powodu beznadziejności swojego uczucia, kiedy dowiedziała się o moim całkowitym zaangażowaniu w inną relację, nie zmieniło – mimo lat – tego, co czuła do mnie. I że pojawia się tu oraz Tam – gdzie się poznaliśmy i gdzie Byliśmy. Tam nie byłem od półtorej dekady. Ale przyrzekłem Jej – bo tego oczekiwała – że przybędę. Na koniec poprosiła o jeden mój pocałunek, by nasze pola energetyczne na moment się połączyły. Zgodziłem się i poczułem zastrzyk energii. Ona zaś po wszystkim podziękowała mi i odpłynęła.
 
Przybyła za to kolejna zjawa – ta z kolei przepełniona nienawiścią do wszystkiego co żywe, w mózgu pulsował mi jej gniew. "Krwi, krwi" to jedyne, co potrafiła z siebie wykrzesać.
Z tyłu usłyszałem głos, należał do mojej rozmówczyni sprzed chwili.
— Wycisz słuch! Oderwij myśli od niej! Nie Ciebie zresztą szuka! Skup się na osobie, której szukasz, a resztę myśli postaraj się odesłać! Ja powstrzymam ją przed wtargnięciem w Twój umysł czy tym pseudo kontaktem fizycznym! Idź dalej, proszę.
 
I jeszcze jedna. I ta – jak się okazało – mnie znała, choć nigdy nie byłem w jej życiu nikim wyjątkowym.
Mimo to kontakt był bardzo wyczerpujący, choć – jak nasza znajomość – krótki i burzliwy. Odpłynęła tak, jak przebiegł cały kontakt – bez słowa.

* * *

Zacząłem już wątpić w spotkanie, w to, czy nie zwodzę sam siebie, bo przecież kto słyszał o umawianiu się we śnie. Jednak jeszcze na dobre nie zacząłem przenikać tą myślą, gdy usłyszałem Twój głos.
— Witaj, Kochanie, dziękuję, że przyszedłeś. Nie masz pojęcia, jak wiele sprawiłeś mi tym radości. Nie wiedziałem, czy uwierzysz, że odwiedziłam Ciebie we śnie, na szczęście tak się stało, inaczej pewnie jeszcze kilka razy przeszkadzałabym Ci w nich.
— Proszę, Kochanie, nawet tak nie mów – gdyby nie świadomość, co to oznacza, byłbym szczęśliwy, że mnie odwiedzasz. Tyle lat na to czekałem, na jakikolwiek kontakt z Tobą, a nie na te maile, gdzie uporczywie starałaś się wywiedzieć wszystkiego, co u mnie, a nigdy nie napisałaś, co u Ciebie.
— A co, chciałbyś czytać, o tym, że przeszłam pięćdziesiąty piąty zabieg, po którym wypadły mi do końca moje kręcone włosy, które uwielbiałeś, albo że miałam mastektomię? Miałeś nie wiedzieć i cieszy mnie to, że nie męczyłeś się tą świadomością. Bolał mnie Twój dający się wyczuć żal i wyrzuty, które – zwłaszcza z początku – mi robiłeś. Żałowałam, że nie udaje Ci się trafić na kogoś dobrego – nie wiem, jak to możliwe, że taki dobry człowiek jak Ty, nie może spotkać kogoś godnego siebie, po prostu kogoś odpowiedniego. Ten świat chyba naprawdę zwariował, skoro jesteś sam, zwłaszcza, że dziś jesteś dużo piękniejszy i bardziej przystojny oraz dostojny, niż kiedykolwiek, w tych pięknych latach, gdy byłeś ze mną – zadbanie o wygląd i powrót na uczelnię naprawdę dużo dały. Jesteś naprawdę nieziemskim facetem, a ja – mimo, że minęło tyle lat – nigdy nie zapomniałam Twoich pieszczot, rozkoszy, którą doznawałam.
— Jestem sam z wyboru. Wiesz przecież, że się zakochałem, zostałem skrzywdzony, raz, drugi, trzeci – międzyczasie nie chciałem (poza pierwszą raną, kiedy jeszcze wierzyłem, że ból po lasce może wyleczyć inna) być z nikim. Potem zresztą też nie – choć już nie unikałem "życia". A teraz? Jakże mógłbym? Nie, Kochanie, ja nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek będę w stanie kochać, bo co do tego, że już nigdy nie spotkam kogoś tak dobrego, tak cudownego, tak oddanego jak Ty, nie mam wątpliwości. Byłaś tym kimś, kto jest nagrodą za całe chujowe życie, za lata cierpień.
— Wiesz, że nie byłam ładna... Nie zaprzeczaj, wiem to – wystarczyło, że spojrzałam w lustro. Powiedziałabym, że byłam totalnie nieładna. Choć przy Tobie i tak zawsze czułam się Kobietą, Boginią. Pożądaną, upragnioną, wymarzoną. Dziękuję, dla tych lat z Tobą warto było żyć, przeżyć to wszystko potem. Nawet dla jednego dnia byłoby warto.
— Cała przyjemność po mojej stronie.
— Nie cała, gwarantuję Ci, że nie cała. A wracając do tematu – jaką nagrodą mogłam być? Abstrahując nawet od mojego wyglądu – skoro w momencie, gdy najbardziej mnie potrzebowałeś, nie mogłam być przy Tobie, nie mogłam Cię wspierać, dodawać Ci otuchy czy po prostu Ci we wszystkim pomagać. Wiesz, że nic – nawet te wszystkie operacje, stany, gdy znieczulacze przestawały działać – nie bolało mnie bardziej, niż wtedy, gdy musiałam przez telefon zaprzeczyć moim uczuciom i powiedzieć Ci, że chyba Cię już nie kocham, zdobyć się na wystarczający chłód, byś w to uwierzył. I to jak słyszałam Twój załamujący się głos i płacz. A potem te dni, gdy leżałam wtulona w poduszkę (wciąż jeszcze pachnącą Tobą) i szlochałam, że wszystko miało ze mnie wytrząść. I gdy pisałeś, jak Tobie źle, że marzyłbyś o jeszcze jednej szansie, że oddałbyś za nią wszystko. A ja nie mogłam dać Ci żadnego wsparcia, byś nie robił sobie nadziei, bo i na co? Wybacz mi, proszę, czując Twoją radość, jaką wywołało samo moje pojawienie się w Twoim śnie, patrząc teraz na Ciebie, wiedząc, ile przecierpiałeś przez te lata, zastanawiam się – po raz pierwszy – czy nie zrobiłam błędu. A jeśli nie w tamtym, to w tym teraz. Bo przecież tylko zwiększę Twoje cierpienia, chciałam jednak, byś zrozumiał, że wina nie leżała po Twojej stronie, żebyś odzyskał spokój i pozwolił sobie na zaufanie.
— Na pewno popełniłaś.
— Proszę, nie wywołuj we mnie poczucia winy. Ja wiem, że byłbyś przy mnie, ale chciałam byś żył, byś cieszył się życiem, a nie trwonił jego większość w szpitalach czy w moim – coraz mniej mogącym Tobie zaoferować – towarzystwie. Przypominam Ci też, że to Ty zmusiłeś mnie kiedyś do zaprzysiężenia Ci, że zostawię Cię, gdybyś był nieuleczalnie chory, sparaliżowany czy okaleczony. Zawsze sądziłam, że obowiązuje to obie strony i tak – przysięgając Ci – planowałam.
— Pamiętasz to, co kiedyś oglądaliśmy razem? Coś konfabulujesz...
— Oczywiście, że pamiętam, Kochanie. Przekazałam Ci to, czym przykrywałam swoje wyrzuty sumienia. I w dalszym ciągu wierzę, że tak należało – zobacz, co przez te lata osiągnąłeś – ze znanego paru prowadzącym studenta stałeś się Mistrzem, rozpoznawalnym w całym regionie, choć paradoksalnie w Polsce najmniej. Ach, ta Twoja skromność – zawsze mnie ujmowała, nie zaprzeczaj, proszę, sam przecież musiałeś to dostrzec. Z drugiej strony – pewnie będziesz protestować, ale taka jest prawda – tam nie czekało Ciebie nic. Ot, parę lat przy gasnącej kobiecie – bardziej ciężarze niż wsparciu. Nie masz pojęcia, jak ciężki byłby to obowiązek. I był, dla ... – bo była przy mnie do końca – nawet w momencie mojej śmierci ściskała moją rękę i ścierała pot z mojej pozbawionej włosów głowy. I pomyśleć, że to w Tobie była zakochana. Nawet mi to wyznała – że gdyby nie Ty, nie zgodziłaby się wówczas na relację tylko ze mną. Nie mam możności czytania myśli, więc nie mogę sprawdzić, czy to prawda. Nie interesuje mnie to zresztą. Powiem Ci już tylko, że była cudowna. Naprawdę miałam szczęście w życiu, że spotkałam i Ciebie i ją. Nie mam zamiaru ani prawa Cię namawiać czy zaklinać, ale, proszę, jeśli tu Ci nie wyjdzie (bo sam wiesz, że to idiotyczne, być wybitnym badaczem i paść ofiarą niżu demograficznego i kultu ścisłowców), zawsze możesz tam wrócić. Ona zawsze Ci pomoże, nawet gdyby nie była sama. Pamiętaj o tym, Kochanie – na Nią zawsze możesz liczyć. A teraz, Kochanie moje najsłodsze, bo widzę, że ten rodzaj kontaktu pochłania niewyobrażalne ilości energii, a Ty już ledwo zipiesz, pożegnam Cię. Z żalem, bo nie masz pojęcia, jak wielką radość sprawia mi widok Ciebie i chociażby ten nierzeczywisty dotyk (ale nawet on strasznie mnie podnieca, nawet nie wiesz, jak jestem na Ciebie napalona).
— Nie! Kochanie, proszę, nie odchodź!
— Nie, Kochanie, przykro mi. Wiem, że marzysz o odejściu, ale ja nie przyłożę do tego ręki. Jestem pewna, że spotkasz jeszcze Kogoś, na kogo zasługujesz, a jeśli nie – rób Karierę, proszę, by nawet setki lat po Twojej śmierci wciąż cytowano Twoje dzieła. A ja będę Tam, choć jeśli spotkasz Kogoś – nie będę Ci stawać na drodze do szczęścia. Powiedz tylko, proszę, jeszcze raz – jeśli to prawda – że mnie kochałeś.
— Kochałem Cię. I kocham. Jak zawsze od dnia, kiedy tylko Cię poznałem, taką, jaką byłaś – kocham Cię. Byłaś całym moim życiem i naprawdę żałuję, że nie mogłem być przy Tobie, gdy Ty tego potrzebowałaś. Wybacz mi, powinienem wiedzieć, że taka Miłość po prostu się nie kończy, że nie wygasa. I ja Ciebie proszę o jedno.
— Tak, Kochanie?
— Co do tego, co powiedziałaś na początku – nigdy nie będziesz mi przeszkadzać. Proszę Cię, zaklinam – jeśli tylko to możliwe, a Ty nie płacisz za to dużej ceny – odwiedź mnie czasem we śnie. Wiesz, że często o Tobie śniłem? Lecz nigdy to nie byłaś Ty, lecz tylko moje Ciebie wyobrażenie.
— Jeśli naprawdę tego chcesz – oczywiście, że przyjdę. Wezwij mnie tylko proszę, a zawsze będę przy Tobie.
— Dziękuję Ci. Tak bardzo Cię kocham. Dlaczego ten świat jest tak okrutny?
— Przykro mi, po prostu taki jest. Ja i tak nie żałuję – warto było żyć, dla tych cudownych lat z Tobą. Dziękuję Ci za wszystko.
To mówiąc złożyła pocałunek na moich ustach...
— Trzymaj się, Kochanie. Jesteś taki dzielny! Proszę, bądź taki zawsze!
04.09.2014