OmnipotentiaS MorganuS

 

(mini)Impressio festivalis

Zdarzyło się mi być w jednym związku przeszło pół dekady. Wypłakałem już po Niej zapewne więcej łez, niż mogłyby pomieścić wszystkie oceany, których ni stąd ni zowąd mamy już 5 (to uzmysławia mi, jak wiekowy już jestem – bo w szkole uczono mnie, że 3). Napisałem też o tym już sporo. Chciałbym jednak opisać jeden z aspektów naszego związku.
Kiedy w naszym ukochanym Poznaniu się nam (głównie mnie) niezbyt wiodło, zabrała mnie do Krainy Snów (choć sny i rzeczy cudowne mają to do siebie, że się ich nie ceni mając na co dzień).
Na pierwszą spędzoną wspólnie Gwiazdkę zaprosiła swoją koleżankę z pracy:
— Wiesz, Kochanie, zaprosiłam ... Wiem, że za sobą nie przepadaliście, tym bardziej się ucieszyłam, że ostatnio jakby Wasze relacje się poprawiły. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe.
— Nie, oczywiście, że nie mam.
— Tym bardziej, że będziesz miał dwie gospodynie.
— Jak to mówią: Gdzie kucharek sześć...
Zaśmiała się perliście:
— ... tam cycków dwanaście. Znam, znam, powiem więcej – nauczyłam się go od Ciebie, Kochanie. Jak widzisz – same plusy.
— Powinnaś pracować na targu. Albo w knajpie.
Westchnąłem głośno, po czym powiedziałem:
— Czasem już chciałbym, byśmy otworzyli naszą tawernę.
— Wiesz, że nie mamy jeszcze wystarczająco dużo kasy.
— Wiem, Kochanie.
— Nie przejmuj się, proszę. Tu nie jest źle.

* * *

Przybyła zgodnie z zapowiedzią pod wieczór, jakieś 2 godziny po powrocie mojego Kochania z pracy. Przywiozła ze sobą całe mnóstwo różnych potraw. My także mieliśmy nieco plus barek. Wieczerza pozbawiona była zbędnych elementów katolskiej, czy jakiejkolwiek innej, celebry. Obie spisały się na medal – żarcie było wyśmienite. Ja ze swej strony dbałem, by szklanice nie wysychały, oraz o oprawę muzyczną. No, i by konwersacja trwała.
W pewnej chwili nasz Gość musiał udać się do toalety. Gdy tylko zamknęły się za nią drzwi, moje Kochanie zapytało:
— Masz na nią ochotę?
— Wiesz, że to Ty jesteś miłością mojego życia.
— Wiem, ale nie o to pytałam. Nie wstydź się – ja mam i wiem, że każdy facet by miał. Jest po prostu śliczna. Bierzemy ją na trójkącik?
— Daj spokój, i tak się nie zgodzi.
— Chcesz trójkąta czy nie?
— Nie dasz rady.
— Zakład?
— Przecież widać, że jest w 100% hetero.
— Każdy ma w sobie cząstkę homo, trzeba po prostu umieć ją wyzwolić, dać jej dojść do głosu... To jak? Chcesz?
— A Ty chciałabyś?
— Tak.
— To w porządku.
— W takim razie przysuń swoje krzesło tutaj.

* * *

Kiedy wróciła wszystko potoczyło się jak w filmie klasy P. Gdy tylko usiadła moje Kochanie nachyliło się ku jej twarzy, spojrzała jej w oczy, po czym pocałowała ją – tak delikatnie, jakby smakowała jej ust, a jednocześnie na tyle zdecydowanie, że nasza Gość aż cicho jęknęła. Moja Partnerka wzmocniła jej doznania, kładąc dłoń na jej udzie, pieszcząc ją nią. Z zadziwienia wyrwał mnie dotyk mojego Kochania. Chwyciła moją dłoń i – z pewnym zniecierpliwieniem, jak i przynagleniem – umieściła ją na jej piersi. Gdy tylko jej dotknąłem poczułem zaskoczenie, natychmiast wyparte przez oddanie się. Odciągnąłem jej bluzkę, odsłaniając kształtne piersi, nachyliłem się i ustami zastąpiłem dłoń, którą zjechałem niżej. U celu (który planowałem tylko delikatnie – wstępnie – zahaczyć) spotkałem rączkę mojego Kochania.
Po chwili przenieśliśmy się na nasze łoże, gdzie podzieliliśmy się rolami – ja rozebrałem naszą Gość, podczas gdy moja Partnerka dbała o to, by ogień przypadkiem nie wygasł. A potem zagraliśmy dla niej i na niej koncert na cztery ręce, dwa języki i jednego wiadomo co. Jak streścić to, co niestreszczalne, jak oddać to, co dla fabuły ważne i nie popaść w literaturę rodem z Harlequina – zarówno pozbawioną smaku, jak i odzierającą wspomnienia z piękna swą dosadnością?
Znużeni zasnęliśmy rankiem. Kiedy wstałem, poszedłem pod prysznic. Tam w pewnej chwili poczułem na moim ciele dwoje ust i czworo rąk. Wówczas ostatnimi pytaniami, jakie by mnie nurtowały, byłyby: Jak to możliwe, że zmieściliśmy się w trójkę w tej ciasnej kabinie? a także: Jakim cudem udało się im podejść tak niezauważalnie? Teraz wiem, że – odpowiednio – z trudem oraz cicho, w milczeniu, korzystając z faktu, że moja głowa znajdowała się w strumieniu wody. Czy to zresztą ważne?
Obmywanie się i wszelkie inne ablucje zajęły nam nieco czasu – na tyle, byśmy (przynajmniej na moment) przestali być głodni tylko naszych ciał. I choć po posiłku zainwestowaliśmy nasze siły i czas w tę cudowna powtarzalność – wiem, że żadne z nas nie odczuwało znużenia ani znudzenia, chociaż tak upłynął nam również następny dzień. A kolejnego musiały stawić się w pracy – ja również, by być dokładnym.

* * *

Gdy kilka dni później – sylwestrowo-noworocznie – sytuacja się powtórzyła, moje Kochanie podczas kolejnego – spędzanego już we dwoje – wieczoru zaproponowała:
— A może zamieszkamy we troje?
— O, nie!
— Dlaczego? Myślałam, że sprawia Ci to przyjemność.
— Wierz mi, że to nie jest dobry pomysł.
— Takie doświadczenie też masz?
— Owszem, bardzo podobne.
— Mam rozumieć, że nie było Ci dobrze? Mam na myśli obecną sytuację, bo jak wiesz – Twoja przeszłość mnie nie interesuje.
— Było, nawet bardzo. Ale też cudownie jest mi z Tobą. Mam jednak pomysł – możemy sprawić, że to będzie coś wyjątkowego, na co będziemy zawsze czekać. Co powiesz na to, że będziemy się spotykać w święta i inne dłuższe przerwy. Sami będziemy tego wyczekiwać, a i ona dostanie, czego pragnie.
— Nie wierzę, że to się powiedzie.
— Dlaczego?
— Teraz akurat nie była w związku, ale nie sądzę, by miała ochotę czekać po miesiąc na kolejne spotkanie.
— Sama przecież widziałaś, jak była wyjebana – na pewno nigdy wcześniej nie było jej tak dobrze. Twój magiczny język jest ósmym cudem świata – sama zresztą widzisz robiąc mi laskę, że nie posiadam się z rozkoszy.
— Nie bądź taki skromny, to nie Ty po seksie ze mną leżysz godzinami usiłując zebrać myśli czy chociażby na tyle zebrać siebie, by pójść pod prysznic. Co do niej to oczywiście masz rację, ale nie znasz kobiet – mało która będzie czekać tyle czasu dla dnia czy dwóch rozkoszy. W sumie to nie wiem, czy jakakolwiek by czekała. Wiesz, jak to mówią – lepszy wróbel w garści niż paw w klozecie. A ja nie mam najmniejszej ochoty robić z tego czworokąta – niezależnie od Twej woli. Tak czy siak, możemy jej to zakomunikować.
— To raczej Twoje zadanie, przecież jutro spotkacie się w pracy.
— Masz rację.

* * *

Wbrew Jej zastrzeżeniom, zgodziła się. Moje Kochanie przekazując mi tę informację, wciąż było bardzo zaskoczone. Zresztą sytuacja tylko pozornie wyglądała tak źle – już w tydzień później mieliśmy łączone urodziny (wypadały im w dwudniowym odstępie). Dodatkowo postanowiliśmy – niejako w nagrodę – spędzać z nią także w niektóre weekendy. Z początku było to dość trudne (bo dziewczęta miały w zasadzie nie miały wolnych sobót – z wyjątkiem wyjątkowych sytuacji), wkrótce jednak zmieniły miejsce pracy, a w nowym pracowały tylko co drugą sobotę. Tak mijały nam miesiące, a później rok i drugi. W sumie idyllicznie, bo właściwie bez zmartwień czy problemów. Najspokojniejszy czas w moim życiu.

* * *

Oczywiście – jak wszystko co dobre i piękne – kiedyś musiało się skończyć. Jak jednak opowiedzieć o końcu nie czyniąc z tego przydługiej opowieści? Może należałoby zacząć od analizy własnych uczuć, której co prawda dokonałem dużo później, jednak jak sądzę w dużym stopniu przyczyniły się do tego. Międzyczasie bowiem coś we mnie wygasło – dopiero parę lat później doszedłem do wniosku, że już wówczas zachwyciłem się kimś innym. Kogo – paradoksalnie – znałem tylko wirtualnie. Dziś skłonny jestem sądzić, że to z tego właśnie powodu (bowiem tam mieszkał nowy obiekt moich uczuć) zdecydowałem się wrócić do Polski. Choć nawet przed samym sobą upierałem się, że chodzi wyłącznie o karierę naukową. Planowaliśmy zresztą, że uwinę się z tym jak najszybciej, a wakacje i wszelkie przerwy spędzać będę z Nimi.
Tymczasem jednak nasze kontakty stawały się coraz rzadsze i krótsze. Wreszcie pewnego dnia napisała mi smsa, że przeprasza, ale to nie ma sensu i że lepiej będzie, jeśli się rozstaniemy – a ja skupię się na pracy naukowej. Bardziej z przyzwyczajenia – bo stanęły mi przed oczyma wszystkie najszczęśliwsze chwile z Nią (w tym dzień moich 27 urodzin – najcudowniejszy w całym moim życiu) – niż z wewnętrznej potrzeby próbowałem nakłonić Ją do zmiany decyzji. Nie odpisała od razu, dopiero wieczorem przyszedł od Niej mail:
[...] Jesteś najzajebistszym facetem, jakiego kiedykolwiek poznałam i jedynym, który w jakikolwiek sposób mnie pociągał. I było mi z Tobą zajebiście – sam widziałeś, że prawie zawsze miałam orgazmy, na ogół po nie wiedziałam nie tylko co się ze mną dzieje, ale też gdzie, a czasem nawet kim jestem.
Ale sam wiesz, że już nie ma w Tobie dawnego żaru. Ja przez ostatnie kilka miesięcy, może rok próbowałam go w Tobie rozpalić, ale bez skutku. Zresztą – może i próbowałabym dalej, ale wyjechałeś. Ja – ani tym bardziej ... – nie przeprowadzimy się tam, bo to nie jest miejsce dla normalnych ludzi. Sam to zresztą wiesz i dlatego nigdy nie zrozumiem, dlaczego praca na uczelni jest dla Ciebie na tyle ważna, byś zrezygnował ze wszystkiego, co tutaj masz.
Gdybyś jednak kiedykolwiek chciał tu wrócić – nasze drzwi i nie tylko zawsze będą dla Ciebie otwarte. I jeśli czegokolwiek będziesz potrzebować – pisz, zrobię (i ... również) wszystko co możliwe, by Ci pomóc. [...]

* * *

Cóż, moje (byłe) Kochanie, dziękuję za te przygody, było mi naprawdę dobrze z Tobą, mam nadzieję, że wiedzie Ci się jeszcze lepiej, niż było ze mną. I dużo lepiej niż mnie. Wiesz, czego z tego wszystkiego brakuje mi najbardziej? Poranków, kiedy zbliżałyście się na kolanach i prosiłyście mnie o udzielenie Wam komunii pod postacią fellatio. Jakże mogłem odmówić takiej prośbie?
Bądź szczęśliwa – także za mnie.
03.2012