InfinituS
(1979 — 19.12.1999)

 

Ostatnie westchnienie
10.98

Pisane cieniem katedr
 
Panny w welonach stalowych
przyklękają metalem
wytopione w mentalu
szukają zeschłych słów
stalowe włosy wirują
cisza zaciska stalowe oczy
znikają czarni rycerze
ze stalą w dłoniach odbici
 
X X X
 
Brzmi blaszana trąbka
rumaki w stali rycerze wstali
"Na koń" i mkną błyskawice
gdzieś dzwony biją
trwożnie śmierć opłakują
panna z wysokiej loży
trud opłaca pierwszego
tamtego nikt nie widzi
 
X X X
 
Zatęchłe wąskie uliczki
beznogi żebrze o litość
ludzie zakrywają piach
piach zakrywa ludzi
ich ciała gniją pokryte strupami
wyżej tylko smród głodu
nikt tu nie chodzi
codziennie przywożą nowych
 
X X X
 
Martwe epoki surowe wieki
wirują razem z Nią
umieram wpatrzony w Nią
ikonę mojego życia
wołam bezdennie
oczy wyryte w męce
usta bezbarwnie szepcą
i tylko tam coś ginie
 
X X X
 
Obudzony w sercu apokalipsy
rozmarzony w blasku stosów
kwitnących w moim głosie
zawsze trudniej umrzeć żyć także
zapomnienie w wirze
tu gdzieś obok
strumień poraża mesmerycznie
delikatnie rozlaną próżnią

kolejno powierzam Tobie
najcichszy powierniku
zmuszony z dotyku słuchać ślepych plam
stany bóle smutki myśli
Ty zawsze
milcząco przyzwalasz
krzyczysz setkami gardeł
teraz uspokajasz dygocąc
wiesz o wszystkim
suchy najemniku chorych myśli
szukasz pociechy
w milczeniu godzin złych
zapomnieniem skradasz się
obok wątpliwych świateł
światów iskier kaskadowych
cynizm ezoteryki
oryginalnych tłumów jęku
jednocześnie żyć
zimnym powiewem wyziewem wyznań
życie w Tobie takie inne
i Ona między nami z boku
bezsilnym trwaniem żyję
niewidoczny wykrzykniku
szukania kontaktu
pozornie żyjącego
beznadziejną resztą radości
w zwęglonych snów rozterce
wrażeń izotopowych
popromiennych złudzeń
kalotropicznych marzeń

gubiąc drogi do siebie
spoglądam nieufną chwilą
dróg tysięcy wyziewem
jedną chwilą pył
i pustka wibruje w uszach
i cisza rośnie milcząc
transforycznie
odciśnięte światło jej oczu
odciąga myśli sępie
brakiem poświaty
szukając kolejnych istnień
wcieleń Janusa
rozliczonego blaskiem śmierci
minuty trwają bezradne
zatrzymane w popłochu
ostatnią pozostałością
udaje motyla odchodząc
zmuszony uderzyć próżnią
prześwitującą między palcami
swobodnym przepływem boli ponowność