InfinituS
(1979 — 19.12.1999)

 

Prymityw zmartwychpowstał
01.99

Mgła
stąpa cicho
wstydem oddechu
nie pozwala podejść
przebudzeniu
siwy sen
idzie płynąc
zabiera mnie
z sobą
mokra słona
poświata
bezszelestnie
porywa
zamazaność
otula
muska zwiewnie
ulotnie
sennie
to tak daleko

szarpią
ręka drży
serce mocniej
szybciej
bije
 
cisza
czy już...
 
nie
znowu
uderza
tracąc rytm
silniej
 
cisza
może teraz...
 
nie
rwie ciałem
podstępnie
myśli
piszą
rachunek
 
cisza
to już...
 
nie
niszczy
świadomość
wyrywa
panowanie
ręce
przyśpiesza
wszystko
krzyczy
wiruje
 
cisza
czyżby...
 
nie
zabiera skupienie
drgawki
gdzieś
tam
wszystko
epicentrum
trzęsienie
czerwień
nosa ust
zlewa
bladość
twarzy
opętańczy pęd
nie mam
ciała
czucia
wzroku
 
cisza
może jednak...
 
nie
jeden
ból
wszędzie
nigdzie
paraliż
charchot
rzęziny
powietrze
jeszcze
szybciej
krew
skronie
napiera
ciemno
 
cisza
już...

paruje ścianami
splątany biegnie karaluchem
sufitem
spieniony ścieka ściennie
pajęczo przemierzając korytarze
sunie szczurem maskowany
wijąc się kątami
zalewa glutem topionym syfem
obejmuje
oddech zatrzymany
rozbryzg ust
i Ona też tu
zcichalęk
to tylko ludzie

Widok z pewnego miasta
wzgarda oczami
żelazną ręką
sięga palcami
zaciska brudne powietrze
powraca dosięgając
ofiara sapiącej twarzy
 
prymityw smutku
nylonowym ramieniem
otula smutną szyję
ruch odbity w zastygnięciu
ofiara poszukiwań światła
przyklejany uśmiech
stalowieje
płaczącym przegubem
tylko ten kolor
ofiara morza tłuszczu
 
błyski słów
zimno mokrych płuc
wysokość nierównego bruku
temperatura starego drewna
ofiara jedyności
 
fragmentaryzm

ŻEGNAJ
Przyjacielu
Którego nie znałem
ŻEGNAJ
Miłości
Której nie miałem
ŻEGNAJ
Szczęście
Nie było mi dane
ŻEGNAJ
Nie zobaczę światła
Nigdy Ciebie też
ŻEGNAJ
Opłaciłem drogo
Każdy Twój oddech
Uśmiech
Zadłużenie
Lękiem nudy przyjmowany
Czas minął
Bez wzruszeń
Bezsenne noce
Wołały Ciebie
Dni żyły Tobą
ŻEGNAJ
Błądziłem
Szukałem
Już kończę
Bez finału
Byłem człowiekiem tylko
Może aż
Może nie
Obcość żalu
ŻEGNAJ

mój sen
Tobą

Myśli konglomerat przeszłości
Krzyk odarty z woli
Zatarty
Jak nóż
Na jego końcu Ty
 
Myśli schizofreny maniakalno depresyjne
Szept nieistniejący
Wepchnięty
Jak grań
Na jej szczycie Ty
 
Myśli iluzoria marzeń
Głos wodospadzisty
Zatrzymany
Jak cierń
Jego owocem Ty
 
Myśli zmierzchowe błyski

widziałem Wertera
rany
myśli
łzy
krew
widziałem
w lustrze

idę
tam
zmuszony słuchać
zapieram się
każdego kroku
szukam ucieczki
paraliżem
nogi ścigają się
zwalczając chęci
nogi idą
samotnie liczę
kroki
wsłuchany w ich
stukot
porywa mnie
ostatni krzyk
woli
szukam usprawiedliwień
mętnych
zatopionych gorszością
zawsze przegranych
złych głupich beznadziejnych
jak myśli
jak ja
pasożyt zmuszany
do życia

dlaczego tu
tak pusto
tak smutno
tak źle
i tylko lęk
co jutro
ciemna ściana
dawniej
mgła
byłem tam
łzy
ból
zło
długo zasypiam
chwilowo
znów się budzę
dlaczego
muszę
ściana hamuje
Lęk otwarcia oczu
trwa
zmrok
noc
trwa
sen
trwa
dni
tygodnie
miesiące
lata
trwa
Jego nieśmiertelność
siła
moc
trwa
On myślami
myśli Nim
trwa

chciałem być dobry
i wieczne kłopoty
i wieczny lęk
i smutek i łzy
chciałem szczęścia
ukarany
opłaciłem każdą chwilę
marnej egzystencji
chciałem by ktoś
i tylko śmiech
próżne majaki
zew śmierci
to nie dla Niej
tu tylko nic

kawa pita nocą
wiruje pustką umysłu
w blasku antytez
nową siłą zniewala
odlaną quasiwolnością
paraliż myśli
zmuszonych jednobrzmieć
formułką dwóch tysiącleci
wielbić przewodników
oddychających przeszłością
tolerancją stosów
błogosławieństwem tortur
miłością kaźni
jaźni rozdwojeniem
fałszywych piewców chóru
gorycz wpisana w ostatni łyk

poświęcam Ci tyle godzin
a Ty
Ty obdarzasz mnie
smutkiem
zadumą
łzami
daję serce
zwracasz
obolałe
zakrwawione
poświęcam życie
zbywasz
milczeniem
zarzutami
lęk
zagubienie
beznadzieja

moja Vis Maior
pozwól odejść
Ty przecież
jesteś wielka
wołam odpuść
mi życie
oszczędź
cierpień
co to dla Ciebie
moje Fatum
przekreśl
istnienie
Kloto utnij
nić cierpień
Ananke zasądź
sprawiedliwie
brak mi sił

moja Siło Przewodnia
powodująca wielkość
Gwiazdo Żeglarzy
oświetlasz mą postać
w twym blasku chwała
może jej próba
jutro zgaśniesz
 
pozostanę nagi
śmieszny żałosny
odarty ze złudzeń
żyjący codziennością

skąd przychodzę
jestem sam
nikt nigdy
niezbadany
przyszedłem
smutkiem
zmyślony
najgorszą godziną
najokrutniejszą
dlaczego

marność bijąca z twarzy
u Twych drzwi rozwieszona
siadając w progu marzy
lękliwie rozmarzona
okruch uczuć znajdując
będąc przykrym malarzem
Twoją postać malując
łzawym smutku pejzażem
niechcianych godzin krzykiem
w bezsenny czas budzony
pozoru szczęścia łykiem
brakiem innych łudzony
trawiony w anhedonie
gubiąc myśli w przyczynie
przyszłości szukał w zgonie
nigdy już nie wypłynie

więdnę jak róża
która stoi w wazonie
na parapecie
w Twoim oknie czerwona
czuję jak cierpi
odcięta od korzeni
skazana na śmierć
powstrzymywana siłą
słyszę jak płacze
znienawidzona czasem
puszczając płatki
nudna bo smutna zawsze
i widzę jak schnie
tęsknotą otoczona
blaskiem dawnych dni
potęgują żal śmieszność

jutro Cię zobaczę
jakby nigdy
tak długo
dwa sny
długie jak życie
gaszę kolejne żarówki
i tylko Ty
tam
wpisana w koniec
z różą w dłoni
czerwoną

Przepraszam was ludzie
tyle lat
zabawiałem swoimi problemami
budziłem uśmiech politowania
że głupi
że brzydki
że biedny
prowokowałem gniew
ponury
śmiałością ambicji
niechęcią życia
życiem
quasimądrością
przepraszam Cię
śmiałość uczuć
tchórzliwą odwagę
Twoje łzy
nawet Ciebie oszukałem
udając inteligencję
wybacz proszę
przepraszam
tyle nadziei runęło
wplecionych w kanalię niewartą niczego

wpatrzony w pustkę
butelek
staram się nie myśleć o tym
same przychodzą
dręczą dla zabawy
drżenie palców przypomina
drżenie rąk przybliża
czasobrakiem wplecionym codziennością
pokazują obrazki
odległe i te bliskie
znikam w ciemnych uliczkach
krętych jak mózg
tam zostaję
czasem
zawsze
jednomyślący

Absolut wielkości jedermann
spadający siłą otchłani
indyferentne zniszczenie
ukoronowany cierpieniem
jednocześnie iść w jutro
uniżony ostatni wśród sług
żegnany nadziei nie widzę