OmnipotentiaS MorganuS

 

Somnium natalis

Rzecz dzieje się w relatywnie odległej przyszłości – ok. roku 2020, może nawet z 2-3 lata później. Znajdujemy się w naszej malutkiej, skromnej, choć wypełnionej miłością i ciepłem izdebce. Ty siedzisz i lekko pochylona robisz przepierkę rzeczy naszej primogenitury. Ja siedząc obok notuję (a raczej próbuję) coś na kartce (teoria trójek – tezy wraz z argumentacją i dowodzeniem). Idzie mi dość nieskładnie, choć połowa już niemal zapisana. Jestem mocno jednak nieobecny – to co tworzę wymaga skupienia. Nieopodal nas kołyska, w której spoczywa to, co z nas powstało.
Nagle pukanie, zapraszamy i z sąsiedniej – identycznej gabarytowo – izby wchodzi mój przyjaciel (też bytujący w podobnych warunkach socjalnych z żonką) z jeszcze jednym naszym znajomym. W ręku ma flaszeczkę z odtrąconym kapslem, a do wylotu szyjki przyczepionego sreberkiem michałka z H. (czyli jedynego prawdziwego).
— Witaj, ... Wszystkiego najlepszego Morganie, odpijemy i pójdziemy na mały melanż?
— A tak, tak, mam się dobrze.
Tu wtrąca się moja Ukochana i mówi:
— Wybacz, Morgan jeszcze nie doszedł do siebie po narodzinach naszej pociechy.
Z ust kogokolwiek innego byłoby to kpiną czy wręcz wyszydzaniem – za takie bym je postrzegał, ale w Twoim głosie, w tym jak mówiąc to patrzyłaś na mnie – było tyle uczucia, tyle cudownego ciepła, że nie miałem najmniejszej wątpliwości, że wypowiedziałaś to powodowana głęboką troską o mnie. Zrobiło się mi tak cudownie – poczułem, że znalazłem swoją przystań.
10.01.2015, 31.01.2015